Tonąc w oceanie klisz – recenzja filmu „Aquaman”

Rekordowy debiut na chińskim rynku, stosunkowo ciepłe przyjęcie przez krytyków – wydawało się, że wreszcie Warner Bros. wyciągnął wnioski i da nam drugi, po „Wonder Woman” dobry film w DC Extanded Universe. Cóż…

Nie miałem wobec tej produkcji absolutnie żadnych oczekiwań wobec „Aquamana”, bo ani nie jest to mój ulubiony bohater, ani nie jara mnie klata Jasona Momoa. Owszem, była to jedna z lepszych postaci w „Lidze Sprawiedliwości”, ale to wciąż za mało. Mój sceptycyzm mocno wzrósł w październiku, kiedy studio postanowiło wypuścić trwający aż pięć minut rozszerzony zwiastun, w którym pojawiły się niemal dwie pełne sceny. Wyglądało mi to na desperacki ruch, by pokazać jaki to „Aquaman” będzie super i jak bardzo trzeba na niego iść.

W tym momencie filmu można wyjść z kina i będziecie zadowoleni.

I całość zaczyna się całkiem ciekawie. Jest sobie ładny latarnik, jeszcze piękniejsza królowa morza u jego boku, jakiś tam lekki dowcip, ładne widoczki, muzyka Sigur Ros i naprawdę ciekawa i ładnie zrealizowana sekwencja akcji. Ale potem… Cóż, najchętniej nabrałbym wody w usta (hehe, rozumiecie?) i odpuścił sobie pisanie tej recenzji, ale naprawdę muszę was ostrzec.

W materiałach promujących film często trafiałem na wypowiedzi twórców dotyczące ważnego przesłania całego filmu. Że to manifest ekologiczny, że ważny głos o dzisiejszym stanie świata… Jest to jednak zaledwie… Ekologiczny bullshit. Jakby na siłę wmontowany w film na tydzień przed premierą, nie mający absolutnie żadnego wpływu na przebieg wydarzeń (choć niby jest motywacją głównego antybohatera), ekologiczny bullshit. Że ludzie zaśmiecają morza i oceany i ojej. I racja – to jest palący temat. Ale film wykorzystuje go bardziej jako temat, pod który można się podpiąć promując film, niż faktycznie istotny głos w debacie o zanieczyszczaniu środowiska.

Cały „Aquaman” jest zresztą przelotem przez niemal wszystkie znane motywy i motywiki kina rozrywkowego, które nawet nie są zaadaptowane w oryginalny sposób. Czego w tym filmie nie ma?!

Ludzie-krewetki.

Ludzie-kraby.

Rozmawianie z rekinami.

Czarnoskóry bohater, który szuka zemsty za śmierć ojca. Dawno tego nie było!

Drzwi dryfujące na oceanie. Brakowało na nich tylko Kate Winslet. Najlepiej w duecie z Leo DiCaprio.

Dinozaury.

Tak, dinozaury!

Tonący rosyjski okręt atomowy.

Słabe dowcipy.

Jeszcze słabsze dowcipy.

A to nagle ktoś kogoś zdradzi.

A to się okaże, że ktoś jednak nie umarł.

Czerwonowłosa istota mieszkająca pod wodą i bawiąca się widelcem.

Przenosimy akcję do Afryki? Zapodajmy utwór „Africa” zespołu Toto!

Nawarstwienie tego typu głupotek jest tak duże, że za każdym razem jak na ekranie pojawia się postać grana przez Willema Dafoe to mam wrażenie, że zaraz wyskoczy jako Zielony Goblin. XD

Jeny, jest tego wiele więcej, ale szkoda mi naprawdę czasu na opisywanie tego w całości. Znajdziecie jednak bardzo wiele scen, które gdzieś już w kinie były.

Podobnie jak znajdziecie płaskich antybohaterów, którzy niby chcą tam coś osiągnąć, ale znowu jest to przede wszystkim „jestem zły i chcę rządzić i elo”. Jest też rudowłosa dziewczyna z oceanu (oczywiście z mocno akcentowanym dekoltem), która nie potrafi się odnaleźć w świecie ludzi (czemu nie dać jej od razu na imię Ariel?!), a jej motywacja czy jakiekolwiek podbudowanie postaci zostało pominięte, bo lepiej zbudować tło i motywację jakiejś pobocznej postaci, która pojawi się raptem w jednej scenie walki na dłużej.

Brak tu konsekwencji w budowaniu świata, ciągu wydarzeń, jakiegokolwiek sensu. Dziewczyna, która ledwo wyskoczyła z morza i pierwszy raz spędza nieco więcej czasu na lądzie nagle wyskakuje w kozaczkach, by potem przyodziać kompletny strój bojowy, który pewnie zmieściła w swojej małej torbie. O rany… Albo Aquaman wyskakujący z oceanu na pomost do ojca w samych dżinsach i nagim torsem. Niby spoko, ale czemu te dżinsy są suche? Poza tym, muszę zadać to pytanie…

Dlaczego każda scena kończy się rozpierduchą? Ja wiem, że podwodnych rozpierduch jeszcze za wiele w kinie nie było, ale właściwie nie ma sceny w „Aquamen”, która nie kończyła by się jakąś potyczką większej lub mniejszej rangi. Fakt, że kilka spośród tych sekwencji robi wrażenie i wygląda bardzo ciekawe za sprawą fajnie zaplanowanego ruchu kamery, ale jednak jest to lekka przesada. Zwłaszcza, że jedna z tych scen, niemal w całości znalazła się w tym rozszerzonym zwiastunie. XDXDXDXDXDXDXD

Norman Osborn. XD

Poczekajcie, muszę zrobić sobie krótką przerwę na napisanie kilka razy XD, bo nie mogę wytrzymać z beki, a nie chcę też przesadzić z wyśmiewaniem tego, ekhm, dzieła.

XD

XDXDXDXDXD

XD

Ok, wystarczy.

XD

Już, wróćmy do tematu.

Przyznać trzeba, że zachowana jest konsekwencja dynamiki rozwijania historii: kilka minut patetycznego bełkotu (czasem przerwanego nieśmiesznym żartem o sikaniu), rozpierducha i tak w kółko. Sekwencje akcji nie są najgorsze, projekty podwodnego świata, kostiumów czy różnego rodzaju kreatur mogą się podobać, lecz… Jest tutaj tak dużo CGI, momentami niezłego przyznam, ale tak dużo, że po godzinie moje oczy zaczęły się zwyczajnie męczyć.

Dobra, kończę się już pastwić. Miałem nadzieję, że nie będzie aż tak dramatycznie, ale „Aquaman” swoim poziomem stoczył się do „dzieł” pokroju „Transformers”, gdzie cały sens, historia giną w cieniu rozpierduchy. Polecam zaorać całe kinowe uniwersum DC na co najmniej dekadę, nie ruszać tego wszystkiego, zapomnieć i czekać na Nolana zbawienie.