Więcej niż film, bo fenomen – recenzja filmu „Kler”

Lepiej późno niż wcale – tak można podsumować moje próby obejrzenia najnowszego filmu Wojtka Smarzowskiego w kinach. Ale wreszcie, zobaczyłem „Kler”!

Dlaczego tak długo zwlekałem? Ano z dwóch powodów głównie. Po pierwsze, polskie kina były przepełnione, sale pękały w szwach, a ja lubię jednak nieco bardziej kameralne seanse, w miarę oczywiście możliwości. I nie mówię, że to źle, bo bardzo dobrze. „Kler” stał się największym filmem w Polsce w XXI wieku. Ba, stał się swego rodzaju społecznym fenomenem. Do kina poszli ludzie, którzy sale kinowe odwiedzali wieki temu. I to bardzo optymistyczny akcent.

A do tego, październik był dla mnie tak intensywnym i wspaniałym miesiącem (wiecie, trzydziestkę ma się tylko dwa razy), że po prostu nawet w spokojniejsze dni nie miałem czasu skoczyć do kina, a jak już czas miałem to wybierałem filmy, gdzie trochę wolnych miejsc na sali było.

Ok, usprawiedliwiłem się, więc czas odpowiedzieć na pytanie: czy „Kler” jest dobrym filmem? Czy mi się podobał? Odpuszczę sobie chyba krótki tego o czym film Smarzowskiego opowiada, bo nie dość, że pewnie już większość ten film zdążyła obejrzeć, to tytuł mówi sam za siebie. Historia rozgrywa się na przestrzeni zaledwie kilku dni, a traktuje o losach trzech duchownych. Każdy z nich ma nieco inną sytuację, inne motywacje i przechodzi inną zmianę.

Możemy na bieżąco obserwować występki bohaterów, a są one, no, dość mocnego kalibru. I co istotne, o czym prawicowi hejterzy produkcji chyba zapomnieli, jest to dzieło fikcji. Nie jest to życiorys papieża Polaka, nie jest to historia na faktach (autentycznych) opisująca prawdziwe wydarzenia. Niemniej jednak, ciężko uznać, że jest to fikcja oderwana od rzeczywistości. Molestowania seksualne, korupcja, ustawianie przetargów, alkoholizm – to wszystko jest obecne w polskim Kościele (brrr, aż mi ciary przeszły pisząc to słowo z wielkiej litery, ale mowa i instytucji, więc tak jest poprawnie). Ciężko więc rozpatrywać ten film obdzierając go z kontrowersyjnego, oburzającego i parszywego kontekstu, jakim jest polska rzeczywistość.

Z tego też względu film bardzo mocno gra na emocjach widza, bo każdy jest w stanie uzmysłowić sobie, że historie obserwowane na ekranie mogą się rozgrywać wokół nas. I choć wydawało się, że będzie bardziej zabawnie, to jest wręcz przeciwnie – bardzo smutno, wkurzająco i bezradnie. Smarzowski serwuje na kulisy tego w jaki sposób Kościół (ten w wizji filmowej, podkreślę) radzi sobie z problemami i jest to chyba najbardziej oburzająca część filmu. To naprawdę mocna produkcja.

Jeśli jednak choć na chwilę skupimy się na samym filmie to widać, że nie jest to najlepiej poukładana historia. Scenariusz jest mocno rwany i nie zawsze potrafi płynnie przejść z opowiadania historii jednego bohatera na drugiego. Często ma się wrażenie obserwowania po zwyczajnych scenek rodzajowych, niby skeczy, które są zbyt mocno oderwane od siebie, choć oczywiście ze sobą powiązane. Nie pomaga w tym nieco dokumentalny styl opowiadania i prowadzenia kamery, który zwiększa wrażenie chaosu. To jednak styl Smarzowskiego, więc rozumiem, że to celowy zabieg stylistyczny. Po prostu nie do końca do mnie taka forma narracji przemawia.

Przemawiają za to na pewno kreacje aktorskie (choć szkoda, że zabrakło wyraźnych i ważniejszych, a w ogóle to w ogóle zabrakło, kreacji kobiecych, sama Joanna Kulig to za mało). Brylują oczywiście Braciak oraz Jakubik, bo też ich postacie są najlepiej napisane i dają szanse wykazać się tym aktorom. Robert Więckiewicz wypada dobrze, ale też niespecjalnie bryluje, poza tym jest to podobna kreacja do tej z „Pod Mocnym Aniołem”, więc nie ma tu zbyt wiele odkrywczego.

Zdjęcia, jak już wspominałem, często mają bardzo dokumentalny charakter i generalnie wypadają bardzo poprawnie. Znalazło się też miejsce na parę kadrów, które robią wrażenie swoją kompozycją i oświetleniem, ale nie ma w tym nic artystycznego. Ot, rzeczywistość. Najczęściej szara, brudna i nie robiąca większego wrażenia. Spodobał mi się za to zabieg oszczędnego grania na emocjach muzyką. Właściwie są chyba jedynie trzy momenty w filmie, trzy swego rodzaju sceny kulminacyjne, w których muzyka rozbrzmiewa i robi to pięknie, nie dyktując emocji, ale je pięknie tonując.

Czy więc „Kler” jest dobrym filmem? No, nie do końca, jego specyficzny styl prowadzenia narracji jest mocno chaotyczny, wizualnie nie porywa, a w wielu miejscach jest zwyczajnie poprawny. Jednak ten film nie musi być dobry, by być filmem ważnym. A właśnie takie dzieło stworzył Smarzowski. FIlm, który poruszył (dosłownie i w przenośni) miliony Polaków. Stał się społecznym fenomenem. Wywołał dyskusję. Bardzo bym chciał, by to dało jakieś szersze konsekwencje i zmiany, lecz jestem realistą i na to nie liczę.