Więcej niż żarty z masturbacji – recenzja filmu „Niedobrani”

Różne gatunki kina lubię, lecz mam też kilka takich, które nie są stworzone dla mnie. Są to głównie horrory (choć i to się zmienia), a także komedie romantyczne. Sam więc nie wierzę, że do kina trafiłem na produkcję „Niedobrani”.

Okazuje się jednak, że dość pozytywne powszechne opinie o filmie Jonathana Levine’a jest produkcją naprawdę dobrą, choć niekoniecznie spodoba się wszystkim. Levine po raz trzeci pracował z Sethem Rogenem umiejętnie wykorzystując jego komediowy talent. Z pozoru historia przedstawiona w „Niedobranych” nie jest niczym zaskakującym i nowym: dwie osoby zupełnie do siebie niepasujące zakochują się w sobie i muszą walczyć ze swoimi różnicami oraz oczekiwaniami otoczenia. A różnice są niemałe. Ona, Charlotte: niesamowicie ambitna i pracowita oraz nastawiona na kompromis pani sekretarz stanu starająca się o prezydenturę. Chodząca perfekcja. On, Fred: idealista, zaangażowany dziennikarz, który w obronie swych ideałów rzuca pracę. Do tego, człowiek przypał i lekki nieudacznik.

Rozwój ich relacji jest w zasadzie przewidywalny i podąża szlakiem niemal wszystkich komedii romantycznych: zakochują się, napotykają problemy, muszą się rozejść, ale ostatecznie próbują się zejść. Nic oryginalnego. Ale nie o przebieg tej relacji w tym filmie chodzi, a o styl opowiadania i komediowy sznyt. Zwłaszcza, że świat przedstawiony daleki jest od realistycznego, a postaci drugoplanowe są bardzo jednowymiarowe i mają swój jeden określony dla historii cel. A to szefowa sztabu, która podważa zasadność obecności Freda blisko Charlotte (bo to człowiek przypał i stwarza więcej problemów niż korzyści). A to przyjaciel Freda, który nieśmiałego gościa przekonuje do śmiałości. Nuda, ale…

To wszystko uzupełnione jest inteligentnym, często wulgarnym i przeważnie sprośnym, będącym blisko granicy dobrego smaku, humorem. A to humor, który bardzo mi odpowiada. Jeśli widzieliście wcześniejsze dzieła z udziałem Setha Rogena, czy też jego „Sausage Party” to możecie sobie wyobrazić o jakim rubasznym humorze tutaj mowa. Żarty z masturbacji, wzwodów, brania narkotyków i innych przypałowych rzeczy są tu na porządku dziennym. Jednak nie są one ograne w sposób prostacki, jak choćby „American Pie”, a w naprawdę ciekawy i wysmakowany (hehe) sposób.

Ten humor jest również przemycany do tematów znacznie istotniejszych, jakie film stara się poruszać. I choć nie robi tego na poważnie, to naprawdę byłem miło zaskoczony tymi tematami. Zwłaszcza, że film obejrzałem zaledwie dzień po wyborach do Parlamentu Europejskiego, a scena, w której Fred dowiaduje się, że jego najlepszy przyjaciel jest republikaninem, w przeciwieństwie do naszego bohatera, świetne korespondował z tym jak mocne rozwarstwienie społeczne panuje w USA, a także w Polsce. I jak bardzo się nie rozumiemy. Choć pewnie byłem jedyną na sali osobą, która tak mocno odebrała tę scenę, to naprawdę doceniam poruszenie takich tematów, podobnie jak ekologii i innych politycznych aspektów w tak niepoważnych tonie i filmie.

Warto docenić także aktorskie kreacje w „Niedobranych”, a mówię tu nie tylko o głównej parze – Seth Rogen jest na swoim klasycznym poziomie, a Charlize Theron fajnie wychodzi poza schemat swoich dotychczasowych ról. Mamy tu szereg świetnych ról drugoplanowych, do których zaliczyć można Boba Odenkirka (<3), Andy’ego Serkisa czy June Raphael. Wszyscy się świetnie uzupełniają i współtworzą komediowy nierealizm świata przedstawionego.

Nie mogę się nazwać koneserem gatunku komedii romantycznych, ale bez większego wątpienia mogę chyba powiedzieć, że obejrzałem najlepszą komedię romantyczną w swoim życiu. Bo bardziej komedię niż romantyczną, a warstwa komediowa mocno uderzyła w moje poczucie humoru. Zaś główny bohater to osoba, z którą mogę się mocno utożsamić w wielu aspektach – od idealistycznego podejścia do świata, przez życiowe fakapy po rubaszny humor. Dzięki temu widz jest w stanie wybaczyć „Niedobranym” mnóstwo głupotek i braku realizmu w niektórych wydarzeniach.