Wszystkie grzechy „Łotra 1”

Za mną dwa seansy, więc już wiem, co mnie w „Łotrze 1” denerwuje. A lista jest dość długa.

Nie będę chyba w błędzie jeśli określę najnowszy film z uniwersum „Gwiezdnych Wojen” jako jeden z najbardziej wyczekiwanych w tym roku. Spory sukces „Przebudzenia Mocy” oraz zupełnie nowe podejście do tego świata, bez mieczy świetlnych, sprawiała, że nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, ale jednocześnie trzymaliśmy kciuki za powodzenie reżyera Garetha Edwardsa i jego ekipy.

UWAGA, W TEKŚCIE POJAWIAJĄ SIĘ SPOILERY, WIĘC JEŚLI NIE WIDZIAŁEŚ FILMU TO NIE PSUJ SOBIE ZABAWY

spoiler-alert

Ja jednak byłem pełen obaw, które były całkowicie uzasadnione, jednak nie musiały one przekreślać tego filmu. Już po pierwszym seansie jednak byłem pełen sprzecznych emocji. Dominowała jednak obojętność. Dlatego, szanując rodzinne tradycje, wybrałem się na film po raz drugi w niedawne święta, wzbogacony o szerokie spektrum opinii i analiz tego filmu, by bacznym okiem spojrzeć na wybrane elementy. I wynotowałem sobie wszystko, co w „Rogue One” mnie denerwowało, nie miało sensu i psuło film. Poniżej cała lista.

Beznadziejnie napisane postaci

rogue-one-gallery44_1c3a644b

Bitwa na tropikalnej wyspie Scarif była efektowna i dramatyczna, a kolejni bohaterowie padali jeden po drugim, jak muchy. I sam fakt zabicia wszystkich bohaterów jest dość dobry, odważny jak na studio Disney. Przeważnie zabijanie ulubionych postaci widzów kończy się bulwersacją odbiorców, którzy zdążyli zapałać pozytywnymi uczuciami do głównych bohaterów. Tutaj tego zabrakło, ponieważ z bohaterami jakoś nie potrafimy się utożsamić, zbudować jakiejś mocniejszej relacji. Może poza Chirrutem Imwe. Wszyscy pozostali przez cały film niczym się nie wyróżniają, nie próbują podbić serca widza, a więc kiedy giną – ich los jest nam obojętny. To strasznie przykre i to chyba mój największy zarzut w kierunku scenarzystów – bohaterów mamy tu co prawda wielu, lecz nikt nie jest napisany tak, by wywołać w nas cokolwiek więcej niż obojętność.

Motywacja Jyn Erso

rogue-one-gallery48_242d6516

Nasza główna bohaterka dostaje spośród wszystkich rebeliantów najwięcej czasu ekranowego, zatem ona mogłaby podbić nasze serca, tymczasem jest strasznie zagubiona i co rusz zmienia motywację do swoich działań, co tylko wyprowadza widza z równowagi emocjonalnej. Posłużę się przykładem.

Pamiętacie jak cała ekipa „Łotra Jeden” odlatuje z planety Eadu po śmierci Galena Erso. Pomiędzy Jyn a kapitanem Cassianem rozgrywa się napięta scena pokazująca kłótnię między nimi. Idzie to mniej więcej tak:

Jyn: Okłamałeś nas, zataiłeś rozkazy, od początku miałeś zabić mojego ojca!
Cassian: Ale tego nie zrobiłem.
Jyn: Ale to rakiety Rebelii go zabiły!
Cassian: Lol, odczep się, nie wiesz jak to jest być w Rebelii, go home, you’re drunk.

Mija pięć minut, po czym Jyn po raz kolejny pojawia się na ekranie, w trakcie narady Rebelii.

Jyn: Spoko, że mi starego zabiliście, ale co tam. Zaatakujmy Imperium!
Rebelianci: Lol, nope, mamy przekichane. Chowamy głowy w piasek Tatooine.
Jyn: No to foch.

rogue-one-gallery23_12235878

Kolejna scena w hangarze.

Cassian: Nawet Cię nie przeproszę, że Cię okłamałem i chciałem zabić Twojego starego. Ale jeśli lecisz rozwalić Imperium to jestem z Tobą.
Jyn: Spoko, nic się nie stało. Niech moc będzie z nami!

Widzicie? Główna bohaterka, śmiertelnie obrażona za zabicie swojego ojca, zmienia swoją motywację i zapomina o tym jak ją skrzywdzono w zaledwie kilka chwil i na przestrzeni jednej sceny. Strasznie mi to nie leży. Powiedzcie, że się czepiam, ale serio nie mogłem jej uwierzyć w tak drastyczną zmianę.

Brak konsekwencji w odtwarzaniu postaci

peter-cushing-star-wars-grand-moff-tarkin

W „Łotrze” przewija się kilka postaci, które znamy już z poprzednich produkcji z tego uniwersum. Zarówno z klasycznej trylogii, czy też prequeli. Pojawia się generał Tarkin, Księżniczka Leia Organa (R.I.P. Carrie Fisher), jej ojciec Bail Organa czy senator Mon Mothma. To jak twórcy podeszli do odtworzenia tych postaci pokazuje całkowity brak konsekwencji ze strony studia.

Genevieve O’Reilly wciela się w rolę Mon Mothmy, podobnie jak jedenaście lat temu w „Zemście Sithów”, co ma sens. Jimmy Smits to ponownie Bail Organa. To fajny łącznik pomiędzy epizodami III, a IV. Nie trzeba było tu dodatkowego castingu.

Ten był potrzebny w przypadku postaci, które pojawiały się w starszych filmach (a więc na osi czasu nieco później), jak Tarkin czy Leia właśnie. Aktor odgrywający rolę imperialnego generała nie żyje od ponad dwudziestu lat, Fisher nie nadawała się już do tej roli, dlaczego więc nie zrobiono nowego castingu? To byłoby chyba lepsze rozwiązanie niż odtworzenie twarzy tych postaci w CGI. Bo choć nie wyszło to źle, to jednak bacznie przypatrując się efektom trudno tego nie zauważyć. Zabolało trochę w oczy. Ale dobra, pewnie znowu powiecie, że się czepiam.

Trailery nas oszukały

Pamiętacie z trailerów moment, w którym Jyn staje oko w oko z TIE fighterem? Ja bardzo dobrze to pamiętam i jarałem się niemożebnie na myśl o efektach tego starcia. Ale nie doczekałem się, bo w filmie tej sceny nie było.

rogue-one-gallery62_d23a7a04

A może pamiętacie dyrektora Krennica, który kroczył po polu bitwy ze swoją białą peleryną, która muskała taflę płytkiej wody, jakby po niej kroczył. Wyglądało smakowicie. Ale w filmie się tego nie doczekaliśmy.

rogue-one-gallery45_9077fbc4

To może Jyn biegnąca z dyskiem z planami Gwiazdy Śmierci po plaży w slow motion? Również obszedłem się smakiem.

Co ciekawe, te kadry wciąż widnieją na oficjalnej stronie z kadrami z filmu. :)

Obejrzałem na YouTube masę analiz, które pokazują jak wiele materiałów, którymi promowano filmy nie znalazło się w ostatecznej wersji. Dowodzi to mocno mojej tezie, jakoby zorganizowane latem dokrętki do filmu mocno go pozmieniały. Ba, pojawiły się nawet teorie, jakoby w pierwotnej wersji film miał zupełnie inne zakończenie. Takie, w którym choć część bohaterów przeżywa finałowe starcie. I choć ostateczny rezultat fabularnie mi się podoba bardziej, tak widać, że film ucierpiał nieco w studiu montażowym.

Czy Darth Vader był potrzebny?

rogue-one-gallery66_faff1a04

Owszem, sceny z Vaderem były epickie. Zarówno jego konfrontacja z Orsonem Krenniciem, jak i ostatnia scena, w której robi piękne rzeczy, wymachując mieczem świetlnym i używając Mocy.

A teraz wyobraź sobie, że tych scen w filmie nie ma. Już? No, film jest dalej taki sam. Fabularnie nic się nie zmienia. Obawiam się, że obecność tego, kultowego przecież, bohatera jest tu jedynie zabiegiem mającym zachęcić do odwiedzenia kina bardziej sentymentalnego widza. Gdyby wyciąć te sceny film fabularnie ani by nie zyskał, ani nie stracił. Ok, ostatnia scena była świetna, ale to jedynie pojazd po naszym sentymencie i sympatii do jednego z najlepszych szwarccharakterów w historii kina.

Błyskawiczna teleportacja

rogue-one-gallery35_fa367037

Galaktyka jest ogromna, więc nie dziwi, że twórcy chcą pokazać jak najwięcej planet i lokalizacji, które są różnorodne i wnoszą wiele kolorytu do filmów. Problem w tym, że w pierwszej części filmu skoki z jednej planety na kolejną odbywały się zdecydowanie za szybko, wprowadzając zbędne zamieszanie w (nie tylko) mojej głowie. Do tego, brakowało jakiegoś większego wprowadzenia w te światy, poza podpisaniem nazwą danej planety (czy księżyca) oraz jednego zdania rzuconego przez bohatera. Większość planet poznawaliśmy obrazowo, obserwując lądujące na nich statki. Albo startujące z nich statki. Albo przelatujące statki. Jeny, znowu zbyt wiele ujęć latających statków, ileż można?

Ostatnia zaczepka

rogue-one-gallery34_49839bf5

Bitwa o Scarif to, poza starciami na samej planecie, także bitwa w kosmosie. Pamiętacie manewr, w wyniku którego jeden z Niszczycieli Imperium zderzył się z drugim, a w efekcie oba zaczęły spadać niszcząc bramę w polu siłowym planety? Wyglądało super! Ale czy w kosmosie generalnie możliwe jest jakiekolwiek „spadanie”? Z tego co wiem, nie ma tam grawitacji, ale co ja mogę wiedzieć – nigdy nie byłem w kosmosie.

Czy więc „Łotr Jeden” jest złym filmem?

Poświęcam bardzo dużo czasu i energii na ten tekst, który wydaje się pewnie wielu z was próbą krytycznego zmiażdżenia najnowszej produkcji Lucas Arts. I mimo, że wynotowałem dość sporo luk fabularnych, logicznych i realizacyjnych w tym filmie to nie jestem w stanie powiedzieć, że to film zły. Bo mogę także wynotować wiele rzeczy, które mi się podobały.

Podobała mi się gra aktorska. Bo kiepsko napisane postaci nie oznaczają wcale, że są źle zagrane. A przecież Ben Mendelson w roli Krennica jest fantastyczny!

Realizacja. No wizualnie naprawdę film robi kolosalne wrażenie. Pomijając odtworzenie twarzy aktorów w CGI, mamy do czynienia ze świetnymi efektami, scenografią czy kostiumami.

Ton filmu. To naprawdę fajne kino wojenne, które przeważnie przecież nie jest zbyt optymistyczne. Jest mroczniej, poznajemy brudne historie Rebeliantów, nikt tu nie jest święty. Jak na wojnie. Brudne kolory, różne motywacje, świetne sceny batalistyczne, fajna choreografia walk Chirruta. Pod tym względem film dostarcza mocnej rozrywki. Jest powiewem świeżości w kontraście do bardziej kolorowego i optymistycznego świata znanego nam z dotychczasowych siedmiu epizodów Gwiezdnych Wojen.

rogue-one-gallery78_827302e0

Cały film, mimo wielu denerwujących aspektów, ogląda się naprawdę przyjemnie i nie żałuję czasu poświęconego na dwa seanse. I wiem także, że wiele osób nie zgodzi się z moimi argumentami, przymykając oko lub nie dostrzegając tych, denerwujących mnie rzeczy. I bardzo dobrze. Jednak jest mi trochę szkoda. Bo wydaje mi się, że film ten miał wszelkie dane ku temu, by uniknąć tych przeszkód i spodobać mi się bardziej.

Moja ocena: 6/10

  • Ad. 2. Ale przecież on mógł zabić jej ojca i tego nie zrobił, więc dlaczego ma trzymać focha? Przecież to nie jest jakaś nastolatka, której największym problemem jest suknia na bal studniówkowy, tylko kobieta, która walczy o coś, w co wierzył jej ojciec. Jej przemiana (na zebraniu Rebeliantów) jest więc głównie spowodowana tym, że kontynuuje misję ojca. Jak dla mnie bardzo dobrze, że nie zrobili z niej jakiejś kiepskiej drama queen, tylko osobę, która ogarnia.

    Ad. 3. „Bo choć nie wyszło to źle, to jednak bacznie przypatrując się efektom trudno tego nie zauważyć.” Mnie też raziło, ale z drugiej strony – raziło tylko tych, którzy o tym wiedzieli. Jak ktoś nie wiedział, to w znacznej większości tego nie zauważył.

    Ad. 5. Akurat jak dla mnie pierwsza scena z Vaderem była wyjątkowo kiepska, więc rzeczywiście by film wiele nie stracił. Niemniej fabularnie ciężko było pewnie wytłumaczyć strach dowódców przed „szefem”.

    Ad. 7. W kosmosie nie ma grawitacji. Ba, w kosmosie nie ma dźwięku. Niemniej żadne z poprzednich części Gwiezdnych Wojen sobie ani z jednego, ani z drugiego nie robiły problemu, więc dziwnym byłoby, gdyby nagle zaczęły :)

    Jak dla mnie część znacznie lepsza od siódemki :)

  • No, wreszcie jakaś polemika, komentarze, wreszcie mam chwilę, by wejść w dyskusję. :D

    Ad. 2. No właśnie widzisz, najpierw miała focha śmiertelnego, w kolejnej scenie, w której występuje już nie. Zrozumiałbym tę zmianę motywacji, gdyby była lepiej uzasadniona, pokazana. Bo wygląda jedynie na to, że „się z tym przespała”.

    Ad. 3. True. Sęk w tym, że efekty specjalne bardzo szybko się starzeją. Zobacz sobie „Avengers”, film tak efektowny niespełna pięć lat temu wywołuje coraz bardziej uśmiech litości. Za kilka lat podobnie będzie z tymi facjatami w CGI.

    Ad. 5. Tak, już miałem dyskusje na ten temat z paroma osobami i ta ostatnia scena świetnie pokazała strach rebeliantów przed Vaderem, ale co do „pionków” w szeregach Imperium niekoniecznie. Bo Vader nie jest ich szefem. Jest jedynie jakimś podwładnym Imperatora, którego dokładne umiejscowienie w hierarchii jest niejasne. A chora ambicja Krennica wychodziła już w innych scenach.

    Ad. 7. No dobra, czepiam się. ;)

  • Ad. 2. Musiałbym chyba drugi raz obejrzeć, bo dla mnie to w sumie było naturalne.

    Ad. 3. Podobnie jest też chociażby z tym jak obecnie wyglądają walki w częściach 4-6. Aż boli jak się je ogląda :)