Zaciskanie pętli na szyi – recenzja 2. sezonu „Ozark”

W tym roku oglądanie seriali nie wychodzi mi najlepiej. Niedawno miałem 3-miesięczną przerwę w oglądaniu jakiegokolwiek, przełamaną ostatecznie drugim sezonem „Westworld”. Ale na drugi sezon „Ozark” czekałem bardzo i nie mogłem z nim zwlekać.

Pierwszy sezon serialu produkcji Netflixa był dla wielu sporym zaskoczeniem. Nie tylko Jason Bateman doskonale sprawdził się w roli dramatycznej wychodząc z przypisanych mu niemal na stałe ram komedii, ale i sama historia (którą wielu porównywało do „Breaking Bad”) czy klimat serialu osadzonego w krainie jezior Ozark w Missouri z dużą domieszką rednecków wypadał kapitalnie i wciągał.

Bohaterowie nie mają za wiele czasu na odpoczynek w drugim sezonie

Dla mnie był to jeden z najlepszych seriali 2017 roku, zaraz obok „Godless”. I choć w obecnym roku czasu na oglądanie seriali mam znacznie mniej, tak wiedziałem, że dla „Ozark” od razu wygospodaruję czas. I tak oto, w niecały tydzień pochłonąłem drugi sezon.

Drugi sezon nie jest zbyt łatwy w odbiorze. Niemal wszystkie odcinki trwają ponad godzinę, co zwłaszcza na początku sezonu może wydawać się lekko nużące, lecz z czasem staje się jednym z lepszych aspektów tego serialu – mocnym, acz stopniowym budowaniem napięcia. Kiedy sięgam pamięcią do pierwszego sezonu to wydaje się on wręcz dziecinnie błogi, sielankowy i spokojny wobec bardzo mrocznej, ponurej i momentami smutnej kontynuacji, która od końca sierpnia dostępna jest na Netflixie.

Pełno w drugim sezonie mocnych, trzymających w napięciu scen.

Obserwujemy w nowym sezonie „Ozark” wydarzenia rozgrywające się zaledwie trzy miesiące po finale pierwszego sezonu. Nasi bohaterowie muszą mierzyć się z nowymi problemami i wchodzić w niewygodne relacje z niedawnymi wrogami. Właściwie głównym motywem tego sezonu jest umiejętność dokonywania wyborów przez naszych bohaterów. Wyborów spośród samych złych opcji. Każda decyzja okazuje się błędna i zaciska coraz mocniej pętlę na ich szyjach. To desperacja prowadząca jeszcze bliżej dnia i kolejnych desperackich ruchów. To działania logiczne, które po chwili są negowane przez brak jakiejkolwiek logiki.

Doskonale się obcuje z tym serialem również dlatego, że drugi sezon diametralnie zmienia większość znanych nam już bohaterów. Marty, choć nadal jest zimnokrwistym i opanowanym księgowym, coraz częściej popełnia głupie błędy. Wendy z opiekunki domowego ogniska staje się drapieżną biznesmenką i wchodzi w świat polityki. Wieśniacka z początku Ruth okazuje się jedną z bardziej cywilizowanych postaci. Agent Petty, Buddy, Jacob Snell – wszyscy przechodzą głębokie zmiany w trakcie drugiego sezonu, a obserwowanie efektów tych zmian i interakcji pomiędzy poszczególnymi bohaterami jest niesamowicie wciągające.

Ojciec Ruth wprowadza niemałe zamieszanie do krainy jezior Ozark.

Zwłaszcza, że wszystkie wątki pięknie się tu uzupełniają i wpływają na siebie jednocześnie, bardzo często w trudny do przewidzenia dla widza sposób. Ta nieprzewidywalność scenariusza to dla mnie jedna z mocniejszych stron drugiego sezonu „Ozark”. W czasach, kiedy podczas oglądania niemal każdego serialu coraz częściej jestem w stanie domyślić się większości nadchodzących wydarzeń „Ozark” całkowicie wymykał się mojemu darowi wróżenia. Nie taki mocny ze mnie już wróżbita Maciej.

Tutaj każdy bohater przeżywa dramat i jest to wyraźnie zaakcentowane. Dzięki temu początkowe dłużyzny są w perspektywie sezonu wybaczalne.

To wszystko nie zadziałałoby jednak, gdyby nie bardzo wyraźne kreacje. Jason Bateman wciąż gra bardzo nudno, ale taka jest specyfika jego postaci, jednak robi to naprawdę dobrze. Laura Linney dostaje w drugim sezonie zdecydowanie więcej okazji do wykazania się i wykorzystuje każdą sekundę na ekranie. Najbardziej imponuje jednak młodziutka Julia Garner w roli Ruth Langmore, która nie tylko świetnie bawi się wieśniackim akcentem, ale i odgrywa pełne spektrum emocji w naprawdę zjawiskowy sposób. I bardzo się cieszę, że scenarzyści drugiej serii „Ozark” dali jej naprawdę dużo więcej do zagrania.

Julia Garner wygrywa ten sezon swoim doskonałym aktorstwem.

Nie byłoby tego serialu, gdyby nie chłodne, przytłaczające swoim marazmem scenerie regionu Ozark. One wciąż dominują nad postaciami, zagęszczając atmosferę wokół nich, będąc nieobecnym, lecz odczuwalnym świadkiem każdego dramatu, który przeżyją bohaterowie. Słońce świeci rzadko, a jeśli już ma to miejsce to jest to jakaś anomalia i najprawdopodobniej za chwilę nastąpi coś zaskakującego i przerażającego. Bo w Ozark nie ma miejsca na radość, to miejsce to codzienna walka z zaciskającą się wokół szyi pętlą śmierci.

Chociaż pierwsze dwa, może trzy odcinki zdają się nie zapowiadać niczego specjalnego, a nawet mogą zanudzać (bo są długie), tak z każdym kolejnym odcinkiem drugi sezon „Ozark” mocno zyskuje. Bo świetnie rozwija znanych nam bohaterów. Bo stawia ich przez tragicznymi wyborami między złym, a gorszym. Bo świetnie zaplata ze sobą wszystkie wątki. Bo jest świetnie zrealizowany (ależ pyszna muzyka!). I choć nie chciałbym porównywać „Ozark” do „Breaking Bad”, tak jest to serial bardzo zbliżony do kultowego dzieła Vince’a Gilligana. Kto wie, może kolejne sezony sprawią, że będzie można za jakiś czas oba tytuły zestawić obok siebie i nie będzie to zniewagą dla Waltera White’a.