Zbrodnia na widzu – recenzja filmu „Fantastyczne Zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda”

Nikogo nie powinno dziwić, że studio Warner Bros. chcę zbudować magiczne uniwersum w oparciu o świat stworzony przez J.K. Rowling. Czy jednak filmowy świat czarodziejów nie podzieli losów filmowego świata DC?

Ekranizacje książek z serii Harry Potter dały studiu Warner Bros. ponad 8 miliardów dolarów (OSIEM MILIARDÓW!) oraz masę wyznawców, z których część twierdzi nawet, że filmy były lepsze niż materiał źródłowy. Moim zdaniem – nie bez powodu. To wszystko uzasadnia rozwijanie tego świata i powstawanie kolejnych filmów, jednak „Fantastyczne Zwierzęta i jak je znaleźć” sprzed dwóch lat nie było produkcją zbyt udaną. Moją recenzję możecie sprawdzić tutaj, a ja zaś przejdę już do omawiania drugiej odsłony tej serii, wobec której byłem nastawiony jednak pozytywnie. Mroczniejszy ton, Dumbledore i magiczny Paryż? To brzmiało naprawdę ciekawie. Jaki jest efekt?

Niestety, bardzo kiepski. Nie wiem co kierowało autorką scenariusza, J.K. Rowling, ale chyba powinna pozostać przy pisaniu książek, a nie filmowych historii. Ewidentnie zabrakło kogoś, kto by lepiej poukładał całą produkcję, bo reżyser, David Yates, próbował wyciągnąć z otrzymanego scenariusza ile się da, ale za wiele się nie dało. No bo jak można doprowadzić do wielkiej konfrontacji w scenie kulminacyjnej, w której… Bohaterowie opowiadają sobie przez kilka minut historyjki, zmuszając widza do oglądania retrospekcji. Serio! Takie zabiegi w książkach działały, ale w filmie wręcz męczą. I ma to miejsce nie tylko w kulminacji, lecz generalnie w wielu punktach produkcji. Film próbuje wyjaśnić zbyt wiele i robi to w sposób niewłaściwy.

Podobnie wprowadza nowe postacie, których w „Zbrodniach Grinderwalda” jest aż za dużo, co skutkuje tym, że żadna z nich nie jest zbudowana w choćby podstawowym zakresie, a to oznacza, że widza zupełnie one nie obchodzą. Ba, ciężko zapamiętać ich imiona w trakcie seansu, a po seansie z głowy ucieka fakt, że w ogóle jakąś rolę w tej historii odegrały. I szkoda, bo choćby część z nich zapowiadała się bardzo ciekawie, a relacja Newta z bratem zarysowywała się jako jeden z potencjalnie ciekawszych wątków.

Mroczniejszy ton drugiej odsłony byłby fajnym zabiegiem, gdyby za kolorystyką i ogólnie nastrojem stało jakieś odczuwalne przez widza niebezpieczeństwo. Na przykład tytułowy Grinderwald i jego zbrodnie. Tych generalnie tutaj za wiele nie ma, może poza tym, że postać odegrana przez Johnny’ego Deppa próbuje uwieść młodego Ezrę Millera (co brzmi dość przewrotnie biorąc pod uwagę prywatne życie obu aktorów), a właściwie postać, którą ten gra. Który ma ciekawe moce i można, by się na niej skupić w całym filmie. Ale tego mroku właściwie nie ma. Już Draco Malfoy wydawał się groźniejszy niż tytułowy nemezis świata czarodziejów.

Generalnie, film sam do końca nie wie czym chce być. Za mało w nim humoru, by uznać, że to produkcja dla dzieci czy młodzieży, za mało w nim sensu, by uznać to za w pełni dojrzałą produkcję, a tytułowych także zwierzątek również niezbyt wiele, by był to film sprzedający zabawki dla dzieci. I jeśli element fantastycznych zwierzątek w pierwszej odsłonie mnie irytował, tak tutaj jest wyważony bardzo dobrze. I wydaje mi się, że to jeden z najmocniejszych elementów tej produkcji. Aż sam nie wierzę, że to piszę, jednak wystarczyło jedno stworzenie grasujące po ulicach Paryża, bym naprawdę docenił wreszcie te fantastyczne zwierzęta. Nie ma ich za dużo, nie za mało, są ładnie pomyślane i zaprojektowane i wykorzystane w historii.

Odwrotne wrażenia mam z kolei w przypadku scenografii. Nowy Jork z pierwszej cze ci był piękny, żywy i magiczny, do tego pięknie zrealizowany, zaś Paryż ze „Zbrodni Grinderwalda” jest nijaki. Mało w nim magii, mało odkrywamy w nim świata czarodziejów, do tego jest zbyt nudny i szaro-bury. Po raz kolejny jest to zmarnowany potencjał.

I kurczę, strasznie mi szkoda, że tak to wszystko wyszło, bo większość elementów, które mnie irytowały w poprzedniej odsłonie tutaj wypada lepiej. Nawet Eddie Redmayne mnie wreszcie przekonuje, a Depp pierwszy raz od dawna stara się bardziej grać niż być po prostu sobą (albo Jackiem Sparrowem) i ma ciekawe błyski. Przyjemnie wypada i reszta obsady, jeśli już pozwoli się jej przed kamerą zagrać, co z powodu natłoku postaci nie zdarza się za często.

Cholerna, film wygląda dobrze, może poza obraną stylistyką Paryża, jednak na poziomie wizualnym wszystko tutaj się sprawdza co najmniej dobrze. Ciekawie wypada także muzyka, która rozwija w dobrym kierunku znane już z tego uniwersum motywy nie sięgając po nie bezpośrednio zbyt często.

Niestety, David Yates nie poradził sobie z napisanym przez Rowling kiepskim scenariuszem. Widać, że mocno się starał i w miejscach, gdzie dało się coś naprawić to się udało, ale generalnie mamy do czynienia z przegadanym, nieciekawym filmem z bardzo kiepskim tempem i nie wykorzystującym potencjału najlepszych swoich atutów (Ezra Miller, Jude Law czy magiczny Paryż).

Wydawało się, że „Zbrodnie Grinderwalda” przypadną mi do gustu zdecydowanie bardziej niż pierwsza odsłona serii, jednak jest wręcz odwrotnie. I na kolejne odsłony czekać za bardzo nie będę, a ambicje studia są duże i powstać mają jeszcze co najmniej trzy części. A być może lepszym kierunkiem do rozwoju uniwersum czarodziejów byłoby tworzenie filmów od siebie odrębnych, pojedyncze historie z tego świata.