Co za potworek! – recenzja filmu „Venom”

Kolejna ekranizacja komiksu z przejściami w fazie produkcji weszła na ekrany. Czy podzieli losy „Batman v Superman”, „Legionu Samobójców” i właściwie innych produkcji DC?

Bo tak naprawdę to te skiełbaszone produkcje Warner Bros. są odpowiednim punktem odniesienia dla produkcji Sony. I choć zeszłoroczny „Spiderman: Homecoming” okazał się być wielkim sukcesem tego studia, to zawdzięczał to bliskiej współpracy z Marvel Studios i włączenia produkcji do Marvel Cinematic Universe. W przypadku „Venoma” współpraca nie była już tak szeroka, a Sony niemal na ostatnią chwilę poprawiało film, realizowało dokrętki, co w przypadku filmów z DC Extanded Universe kończyło się tragicznie. I wiele wskazywało, że i Sony podzieli ten los.

venom-movie-image-tom-hardy

A już od początku projekt zapowiadał się ciekawie: Tom Hardy, ciekawa postać i ogromny potencjał. Potem doniesienia o zmianach w końcowej wersji filmu i pierwsze wątpliwości. Film nagle traci kategorię 18+. Następnie Tom Hardy mówiący w wywiadzie dla ComicsExplained wyznaje, że jego ulubione 40 minut filmu nie trafiło do ostatecznej wersji. Kolejnego dnia spada emargo na recenzje, a te są, niezbyt przychylne, tak to określmy. Ale co się dzieje dalej? Film zgarnia naprawdę duże pieniądze w pierwsze kilka dni wyświetlania. Pewnie wyniki szybko upadną w kolejnych dniach, ale sam film miał być jedną wielką niewiadomą. Co otrzymujemy ostatecznie?

Typowy origin story superbohatera (choć Venom jest bardziej antyherosem, umówmy się) w ciekawej odsłonie. Widać, że film przeszedł solidne cięcia w postprodukcji, co unaocznia się w wielu nieścisłościach scenariusza. Eddie Brock wchodzi do sklepu za dnia, wychodzi po kilku chwilach i jest ciemno. Niezbyt śmieszne żarty rzucane jakby na siłę (jak w moim życiu, więc w sumie rozumiem). Wątek miłosny, który został tak pocięty, że nie czuć w nim żadnych emocji. Finałowa walka w CGI, które nie za bardzo robi wrażenie. I choć powyższe zdania mogą sprawić, że nie jestem do tego filmu przychylnie nastawiony, to… Kurczę, taki dziwaczny potworek nawet mnie bawił.

This image released by Sony Pictures shows Tom Hardy, left, and Riz Ahmed in a scene from „Venom.” (Frank Masi/Sony Pictures via AP)

W kategoriach filmu jest to niezbyt wysokich lotów produkcja, ale ten cały chaos i brak jasnej wizji twórców odnośnie kierunku, w jakim całość ma zmierzać, nie można mu odmówić pewnej jakości. Ten film momentami jest bardzo kiepski, ale nigdy nie przekracza cienkiej granicy żenady. Choć historia Eddiego Brocka jest mocno spłaszczona, dziury scenariuszowe są zbyt widoczne, a bohaterowie nie najlepiej napisani i przewidywalni, to ładunek ciężkiego humoru i relacja Eddie – Venom świetnie zagranej przez Hardy’ego sprawiają, że film dostarczył mi naprawdę sporo zabawy. I śmiechu.

Szkoda, że dość szybko porzucono wątek dziennikarskiej działalności Brocka, bo wydawał się bardzo ciekawy. Bardzo płaski i nieciekawy jest główny zły całego filmu, czyli Elon Musk. Tfu, Carlton Drake. Również postać Michelle Williams, Anne, jest do bólu nudna, a jej głównym celem jest chyba jedynie pojawić się w odpowiednim miejscu i czasie oczywiście przypadkiem i rzucić jakimś one-linerem. A mogła odegrać w tym wszystkim nieco większą rolę.

Sam Venom również robi wrażenie, zwłaszcza projekt tej… Postaci? No i jego umiejętności, które wielokrotnie są w fajny i kreatywny sposób wykorzystane w scenach akcji i nie tylko. Gorzej niestety z samym wykonaniem w CGI, które momentami sprawia wrażenie bardzo przestarzałego. Zaś pojedynek finałowy pomiędzy dwoma symbiotami to już naprawdę ból dla oczu. W uszy zaboleć może momentami muzyka w filmie, bo choć generalnie większość czasu słyszymy standardową muzykę filmową, to momentami powklejane są jakieś nowoczesne i „młodzieżowe” utwory, które nie pasują do danej sceny. A to Eminem, a to Run the Jewels. Meh.

I choć „Venom” wycierpiał sporo na etapie produkcji i wyszedł dość dziwny potworek z tego wszystkiego, to nie można mu odmówić tego, że jest żenująco słaby. I to, poza kilkoma udanymi momentami, jest niemałym sukcesem. Bo mogło się to skończyć zupełnie jak w przypadku DCEU. Dodatkowo, Brock i jego dialogi z Venomem potrafią naprawdę rozbawić. Mogła być kaszanka, a jest tylko, lub aż, ciekawa mieszanka. I dwie fajne sceny po napisach. Choć jedna z nich to właściwie scena z innego filmu „uniwersum Sony”, który trafi do kin jeszcze w tym roku. Gdyby każda ekranizacja komiksu była tak skaszaniona i dostarczała mimo tego spoko zabawy, to świat byłby dużo lepszy.