Gorączki katowickich nocy – relacja z festiwalu Tauron Nowa Muzyka 2019

To był mój piąty festiwal Tauron Nowa Muzyka i choć jest to może miłość z przerwami i skokami w bok, to kolejna edycja udowodniła mi, że to właściwie bardzo silna miłość.

I to mimo dość skromnego, w porównaniu do poprzednich edycji, zestawu artystów. Skromnego, nie oznacza jednak słabego. Bo pod tym względem jakość jest zauważalna na każdym kroku. Od przekroczenia terenu Muzeum Śląskiego. I trzeba przyznać, że choć sceneria festiwalu w ostatnie dwa lata uległa jedynie niewielkim poprawkom, tak jest coraz lepiej wykorzystywana z każdą edycją.

Zobacz moją relację z festiwalu Tauron Nowa Muzyka 2017

Oczywiście, nie wszystko wyszło lepiej, bo ograniczenie wejść na teren festiwalu do jednego utrudniło nieco aspekty logistyczne wielu osobom, choć zapewne podyktowane było zrozumiałymi przyczynami. Sam zaś teren festiwalu jest wzbogacany o kolejne strefy komercyjne. W tym roku było ich naprawdę dużo, co na wielu innych imprezach mogłoby przeszkadzać. No przecież nie każdy lubi kiedy festiwal zmienia się w park rozrywki ze stoiskami sponsorowanymi. Organizatorzy katowickiego festiwalu potrafią jednak robić wszystko z odpowiednim umiarem, a komercyjne przestrzenie zawsze mają coś ciekawego do zaoferowania uczestnikom. Ciekawe scenografie, dodatkowe bary, dodatkowe koncerty – dzięki temu kolejni sponsorzy nie przeszkadzają, a umilają pobyt. Na wysokim poziomie prezentowała się oferta gastronomiczna, a obecność mojej ulubionej wegańskiej knajpy (Momencik) miło zaskoczyła.

Dzień I (piątek)

Ale nie jest to festiwal logistyki, a muzyczny, także czas chyba przejść do tego, co najistotniejsze – występów. Dla mnie festiwal rozpoczął się od najważniejszego koncertu festiwalu, a więc Kraftwerk. Nie zdążyłem załapać się na okulary 3D, by podziwiać trójwymiarowe wizualizacje, ale i bez nich oprawa wizualna robiła niezłe wrażenie, odpowiednio korelując z muzyką. A muzycznie było to naprawdę ciekawe przeżycie. Bo choć nie jestem wielkim fanem Kraftwerk, tak ciężko nie docenić ich wpływu na rozwój muzyki. To istne legendy. I trzeba przyznać, iż koncert był naprawdę doskonały, nie tylko dzięki poczuciu obcowania z muzycznym absolutem, ale i same dźwięki, znane utwory i ich aranżacje robiły wrażenie.

Nie dotrwałem jednak do końca, bo miałem ogromną ochotę obejrzeć w akcji Kornela Kovacsa, którego parę lat temu określiłem wschodzącą gwiazdą elektroniki. No i pochodzący ze Szwecji producent nie zawiódł, choć szkoda, że otrzymał slot na scenie Red Bulla, gdzie panował bardziej klubowy klimat, a więc i muzycznie większość występów wpisywała się w dj sety, co nie sprzyja prezentowaniu własnej twórczości. No, ale Kovacs seta zagrał ładnego. Przynajmniej te fragmenty, które miałem okazję usłyszeć. Po krótkiej przerwie udałem się na występ Bjarkiego. Islandzki producent techno zagrał w ciekawej formule live AV, co w skrócie oznacza: niezły techno łomot z ładnymi wizualizacjami. Już od kilku lat Bjarki aspiruje do grona czołowych producentów techno i ten bardzo mocny, treściwy i bogaty w różnorodne dźwięki występ jest tego najlepszym dowodem.

Ale to nie miał być koniec mocnych brzmień, albowiem odbyć miał się jeszcze występ obiecującej Marie Davidson. No właśnie, miał się odbyć, ale ostatecznie, po długiej walce z technikaliami Marie oddała scenę kolejnym artystom. Nie wiem co tu się zadziało, nie wiem kto zawinił, ale ciężko było ukryć spore rozczarowanie wśród już licznej grupy fanów kanadyjskiej producentki. Na otarcie łez przyszli jednak panowie z Neon Chambers (Sigha oraz Kangding Ray) i zagrali niesamowicie mocny, a jednocześnie melodyjny set. Tak mocno mnie poorali, że sił na Oscara Mulero już zabrakło.

Dzień II (sobota)

Choć pierwszy dzień festiwalu dostarczył wielu wrażeń, tak najlepsze dla mnie rzeczy miały nastąpić kolejnego dnia. Dlatego siły zbierałem w uroczych Sztauwajerach, idealnym miejscu na weekendowe chillowanie. I było warto odetchnąć, by oczyścić głowę na piękno, jakie zaserwował nam Apparat. To było moje już dziewiąte zetknięcie z Saschą Ring i za każdym razem nie mogę się nadziwić jak piękny ma on głos także na żywo. A i zaserwowany wraz z jego zespołem repertuar był zaskakujący. Po wydaniu nowej płyty spodziewałbym się mocnego nacisku na nowości, a zespół zaprezentował dużo swoich wcześniejszych kompozycji, a także nawet rarytas w postaci „Circles”, które następnie płynnie przeszło we „Fractales”. No tego to się nie spodziewałem. I wymarzone zakończenie – „IN GRAVITAS”. Te smyczki, te gitarowe riffy, ten głos. Nie no, koncert zrobił mi dokładnie tak jak chciałem – bardzo dobrze. I już wyczekuję dziesiątego spotkania z Sachą. <3

 Po odsłuchaniu fragmentu Novo Line, który nie zrobił wielkiego wrażenia, dałem się namówić na występ Skepty. Hip hopy to zupełnie nie mój klimat (aż się prosi tutaj o jakiś żarcik o Magiku, ale sobie odpuszczę), ale za sukces należy uznać, że nie uciekłem z tego energicznego koncertu od razu. Jedynie po 30 minutach, co uznać należy za sukces.

A uciekłem, gdyż na innej scenie czekała na mnie autorka jednej z ciekawszych kompilacji DJ Kicks ostatnich lat – Laurel Halo. Przyjemnie płynący secik mocno nawiązywał do tego albumu i miło się kołysało w rytm jej dźwięków. Nie mogłem jednak zbyt dużo czasu jej poświęcić, bo wypadało sprawdzić wreszcie, po tylu latach unikania, znajdywania wymówek i oszukiwania samego siebie – GusGus. No nie jest to moja ulubiona muzyka, ale ponoć na żywo wypadają bezbłędnie, a mieć pod nosem i nie skorzystać byłoby grzechem. Jak się okazało, podobnie jak ja pomyślały jakieś dzikie setki tysięcy osób, bo wepchnąć się na przestrzeń koncertu w Międzynarodowym Centrum Kongresowym po prostu się nie dało. Poddałem się. Ale ponoć mam czego żałować. 

Na pewno nie żałuję powrotu na scenę Red Bulla, gdzie swoimi techno mackami cały namiot objął Mariel Ito, a więc jedno z wielu alter ego Maceo Plexa. I był to set naprawdę doskonały. Niby mocny, ale jednak melodyjny. Bez zbędnych dropów i przejść co dwie minuty, z odpowiednim budowaniem napięcia. No coś wspaniałego. Całkiem przyzwoicie, choć bardzo długo, rozkręcał się po nim Roman Flugel

I to był dla mnie już koniec tego festynu. Dobrego, choć oszczędnego festynu. Pierwszy raz chyba nie próbowałem być wszędzie, biegać między scenami i unikając znajomych. Taki slow-life-festival. Przestrzeń Nowej Muzyki mocno temu sprzyja: zawsze jest gdzie przysiąść, porozmawiać w ciszy, przekąsić coś dobrego, napić się. A muzycznie wciąż jest bardzo dobrze, choć mimo wszystko można mieć wrażenie, że większość budżetu powędrowała na konto Kraftwerk. I to nie oznacza, że powinno ich nie być, bo koncert był znakomity. Jednak ucierpiał na tym nieco pozostały skład festiwalu. I tu także – nie twierdzę, że był zły. Po prostu Tauron wysoko postawił sobie poprzeczkę w poprzednich latach. Jeśli celem było przyciągnięcie rekordowej frekwencji to można mówić o całkowitym sukcesie – w trakcie czterech dni festiwal przyciągnął 25 tysięcy osób. I to przy jednoczesnym trwaniu Instytut Festivalu. To już niemal tyle co Audioriver, pięknie się ten katowicki festyn rozwinął. I pewnie się nie zatrzyma, ale o tym przekonamy się za rok.

Więcej zdjęć: