Po frytkach do celu – recenzja „McImperium”

McDonald’s zawładnęło światem. Dlatego tym bardziej byłem ciekaw produkcji filmowej o kulisach powstania tego imperium, jak to zgrabnie przetłumaczył z oryginału („The Founder”) polski dystrybutor – „McImperium”.

Co prawda, nie jest to, jak mogło by się nam wszystkim wydawać największa sieć „restauracji” na świecie. Tą jest Subway, z 44 tysiącami lokali na świecie. McDonald’s zajmuje drugie miejsce w rankingu z „zaledwie” 36 tysiącami knajp. Niemniej jednak, McDonald’s zwładnął umysłami konsumpcyjnego świata na tyle, że zamknięcie pierwszej warszawskiej restauracji na skrzyżowaniu alei Marszałkowskich i ulicy Świętokrzyskiej, gdzie na otwarciu na początku III RP byli znani politycy i przedstawiciele Kościoła, przeżywano bardzo mocno. Kiedy w podstawówce jakiś dzieciak robił urodziny w McDonald’s – zazdrościła mu cała szkoła. Skąd wziął się ten fenomen?

O tym właśnie traktuje ten biopic. Ray Kroc, zagrany przez Michaela Keatona, z podrzędnego handlarza wszystkim krok po kroku staje się twórcą wielkiej sieci restauracyjnej, a właściwie to tylko franczyzodawcą. Nie jest oczywiście człowiekiem świętym i wiele jego posunięć sprawia, że pozostaje u widza niesmak, ale cóż – mekki konsumpcjonizmu nie mógł stworzyć ktoś święty. Co mi się podoba w „McImperium” to przede wszystkim sensowne ułożenie chronologii wydarzeń. Nie skaczemy tutaj od wspomnienia do wspomnienia, z multum retrospekcji. Wszystko poukładane jest chronologicznie i daje nam w pełni zrozumieć ciąg przyczynowo-skutkowy naszego bohatera. To dziś, niestety, rzadkość w filmach biograficznych.

Bardzo ładnie film też został zrealizowany – kostiumy, wnętrza, detale, scenografia stoją na bardzo dobrym poziomie i bardzo fajnie przenoszą nas w okres powojennego boomu gospodarczego w USA. Te wszystkie piękne samochody, wnętrza banków, restauracji – przyłożono do tego naprawdę dużo troski, a film nie miał jakiegoś gigantycznego budżetu, bo zaledwie 7 milionów dolarów (bez kosztów marketingu).

Świetnie wypada kreacja Michaela Keatona, który swoją postać wzbogaca o multum gestów i geścików, często typowych dla coachów oraz sprzedawców. Dużo gra również mimiką twarzy i oczami, a oczy to przecież najbardziej przyciągający uwagę widza punkt każdego aktora. Poza Keatonem brak tutaj wielkich nazwisk ze świata kina, ale Nick Offerman czy John Carroll Lynch, wcielający się w braci McDonald, bardzo fajnie się uzupełniają – widz ma prawo uwierzyć w to, że naprawdę są braćmi. Ze znanych mi twarzy przez kilka scen przemknął mi po ekranie B.J. Novak, czyli znany z „Bękartów Wojny” Utivich. Jest jeszcze Laura Dern w roli pani Kroc, ale niczym specjalnym się nie wyróżnia, choć może właśnie taki był zamysł.

Kurczę, problem z filmami biograficznymi, a w tym kontekście należy rozpatrywać „McImperium”, jest taki, że ciężko oceniać produkcję w oderwaniu od oceniania głównego bohatera i jego dokonań. Z jednej strony, wobec Raya Kroca czujemy wielki szacunek, że potrafił zbudować swoje imperium. Z drugiej strony jednak, widzimy, że Kroc nie był człowiekiem nieskazitelnego charakteru. Sam film nie wyróżnia się niczym szczególnym, poza realizacją i odwzorowaniem dawnych lat, jednak wydaje mi się, że warto go obejrzeć mimo wszystko. Nie sprawi to, że zaczniecie unikać restauracji McDonald’s, ale na pewno spojrzycie na tę markę z nowej perspektywy.