„Assasin’s Creed” omijajcie szerokim łukiem

Bałem się, że ekranizacja jednej z moich ulubionych serii gier będzie kolejnym kiepskim filmem bazującym na grach komputerowych. Bo dobrych produkcji jeszcze nie było. Mimo wszystko, trzymałem za twórców kciuki.

Kiedy przed dwoma tygodniami zaczęły spływać do nas zza oceanu pierwsze, bardzo nieprzychylne, opinie miałem nadzieję, że uda mi się ten film jakoś wybronić. Że będzie on fajny do polecenia choćby osobom, które nie znają tego uniwersum z gier. Szedłem do kina z zamiarem znalezienia jakichś pozytywnych jego aspektów. Czy się udało? Zapraszam do mojej recenzji na YouTube.

Ok, w filmie padła opinia, że film jest niezłą adaptacją gry, ale kiepskim filmem. Nie chciałbym zostać opacznie zrozumiany, a szkoda mi czasu na nagrywanie wyjaśnienia, więc napiszę trochę więcej tutaj.

Otóż uważam, że film jest spoko adaptacją uniwersum gier, nie samej gry, bo tych już było kilka, każda z innym bohaterem, natomiast w filmie otrzymujemy zupełnie nowe postaci, nową historię i nową epokę, do której przenosimy się w Animusie. Adaptacja uniwersum jest więc niezła, ponieważ NIE KRZYWDZI oryginalnych historii i choć dość pokracznie i nieumiejętnie – pokazuje o co w tym wszystkim chodzi. Czyli o złą korporację, do której wyewoluowała organizacja Templariuszy, która od wieków walczy z bractwem Asasynów i pragnie zdobyć starożytny, magiczny artefakt. I to się udało! Może i akcenty zostały rozłożone kiepsko, nie wyjaśniono tego najlepiej, ale jednak nie dokonano tutaj wielkiej profanacji (jaką była choćby ekranizacja gry „Max Payne”).

Zatem w kwestii adaptacji, rozumianej jako proces przeniesienia świata znanego z innego medium na ekran kinowy, „Assasin’s Creed”, choć nie jest wybitny, to jest akceptowalny. Problem zaczyna się w momencie, gdy otrzymujemy po prostu beznadziejny film. I tak niestety jest w tym przypadku. Bo choćbyśmy otrzymali jak najbardziej wierną oryginałowi adaptację, tak nie uratowałoby to tej produkcji.

Filmem jestem nie tyle rozczarowany, bo byłem gotowy na coś kiepskiego, co po prostu zażenowany. Jest mu smutno, źle, bo wiem, że ta produkcja, jeśli zarobi na siebie to da zielone światło do krzywdzenia kolejnych tytułów ze świata gier komputerowych. Jeśli zaś nie zarobi, na co po cichu liczę, to Hollywood odczepi się od ekranizowania gier. Lepsze to niż wypuszczanie złych filmów. Choć marzy mi się dobry film adaptujący grę. Jednak na to przyjdzie nam poczekać jeszcze wiele lat.