Cztery plusy „Fantastycznej Czwórki”

Z całego świata spływały do mnie sygnały jak beznadziejnym filmem jest nowa inkarnacja „Fantastic Four”. Postanowiłem się o tym przekonać na własnej skórze.

Jakby nie patrzeć, i poprzednie filmy bazujące na tym komiksie Marvela również nie były wybitnymi dziełami kinematografii. Fox postanowił wcisnąć guzik resetujący przygody czwórki bohaterów. Już obsadzenie w roli reżysera Josha Tranka nie zwiastowało najlepiej, ponieważ jego poprzednie produkcje również nie zdobywały wysokich not. Całą obsadę mogła ratować co najwyżej Kate Mara.

Przeważnie omijam szerokim łukiem produkcje, które skazane są na bycie kiepskimi, jednakże czasem zamiast powielać krytyczne recenzje innych wolę przekonać się o tym na własnej skórze. A zwłaszcza jeśli chodzi o adaptacje komiksowe. Przecież to Marvel, a okres fatalnych ekranizacji komiksowych bohaterów powoli mija. Udałem się więc do kina, wyposażyłem w popcorn i czekałem, próbując zanotować jakiekolwiek pozytywne aspekty tej produkcji, nieco na przekór innym. Nie było łatwo, ale mi się udało!

Oto cztery pozytywy z seansu „Fantastycznej Czwórki”

1. Portishead

Rzadko się zdarza, by w wysokobudżetowej produkcji pojawiała się dobra muzyka. Tutaj jednak Sue Storm w jednej ze scen słucha Portishead i nawet głośno o tym oznajmia. Umówmy się, mogli przecież dać Justina Biebera, Lady Gagę czy One Direction. Scenarzyści postawili na legendę trip hopu. Miłe zaskoczenie.

2. Dowcip z Twoją starą

Jestem wielkim fanem dowcipów z Twoją starą, dlatego usłyszawszy „yo mama” w filmie mogłem się uśmiechnąć. Pomijam już fakt, że był to fatalny gag. Ponadto, był to jedyny raz kiedy się uśmiałem w trakcie seansu.

3. Szybko się kończy

To zdecydowanie największy plus tego filmu. Podobno trwa godzinę i czterdzieści sześć minut, ale wydaje się, że końcowe napisy wjeżdżają jakoś po godzinie. Zwłaszcza, że jakoś od połowy chce się opuścić salę kinową.

4. Klimatyzacja w kinie

W ostatnich upałach klimatyzacja była najlepszym mym przyjacielem, dlatego byłem bardzo skory do spędzenia nieco ponad godziny w chłodnej, przyjemnej sali z kartonem popcornu w dłoni. Klimatyzacji i prażonej kukurydzy nigdy za wiele!

I to niestety wszystkie pozytywy, których udało mi się doszukać w nowej odsłonie „Fantastycznej Czwórki”. Bardzo chciałem, by w tym tekście znalazły się chociaż cztery dobre punkty dotyczące tej produkcji i jak zapewne widzicie – musiałem się nieźle nagimnastykować.

A co w tym filmie nie leży?

1. Fabuła

Ten film zanim się na dobre rozkręci już się kończy. Mamy bardzo długie wprowadzenie skoncentrowane głównie na historii Reeda Richardsa, potem przemianę bohaterów, jedną scenę walki z przeciwnikiem i… Koniec filmu. Perypetie pozostałych bohaterów ograniczają się do paru zdań w beznadziejnie napisanych dialogach. Żaden z fantastycznych nie zdobywa naszej sympatii, żaden aktor nie próbuje się wysilić. Scenariusz to totalne dno.

2. Gra aktorska

Po prostu była, nic więcej, a już na pewno nic dobrego, napisać się nie da.

3. Brak akcji.

Jak można zrobić film o superbohaterach i dać im jedynie jedną okazję do jej pokazania w scenie akcji? Tylko jedną okazję do starcia z przeciwnikiem.

4. Mr Doom

W świecie komiksów, choć nie jestem ekspertem, ten antybohater był ciekawie zarysowaną postacią. Tutaj po prostu jest, czasem kogoś wkurwi, ponarzeka, potem nieumiejętnie próbuje unicestwić świat i przegrywa. Tyle. Nic więcej. Jeśli w ostatnich latach trwa moda na doskonałe zarysowanie czarnych charakterów, tak tutaj twórcy się nie wysilali.

5. Efekty

Obecnie w wielu filmach mamy wysokiej jakości CGI, jednak tutaj twórcy chyba wykorzystali ten sam sprzęt co w ekranizacji sprzed dekady. Ani razu nie chciało się otworzyć oczu nieco szerzej, by podziwiać sztukę wizualną

6. Nie, dobra, kończę się pastwić nad tym filmem. Szkoda mi czasu, naprawdę.

No, ale jeśli naprawdę macie za dużo pieniędzy, jest wam gorąco lub lubicie popcorn to możecie iść do kina na „Fantastyczną Czwórkę”. Ale lepiej nie idźcie. Bo jeszcze Fox odniesie sukces i pomyśli, że warto ciągnąć tę serię dalej. Nie, nie warto. Ciekaw jestem jak to studio poradzi sobie z „Deadpoolem”, którego zwiastunami wszyscy się zachwycają…

Moja ocena: 2/10

PS. Doceńcie chociaż fakt, że bardzo starałem się nie przeklinać pisząc tę recenzję.

Przeczytaj więcej filmowych recenzji.

  • Magda Meteora

    Hmm, ciężka sprawa, ale tu zawiniły chyba obie strony – i rezyser, i studio. Trank miał inną wizję, na którą się Fox zgodził, by potem po nakręceniu filmu stwierdzić, że jednak chcą tak jak wcześniej mówili. Wyszła taka kłotnia, że skończyło sie demolką mieszkania a ostatni akt filmu został nakręcony bez udziału rezysera. No cóż, bywa, choć z mojego punktu widzenia, jesli juz wpuszcza się kogoś na plan i daje mu zielone światło to powinno pozwolić się zrealizowac wizje tej osoby do końca, a nie tuz przed końcem zmieniać (wszyscy mówią, że od połowy do końca jest tylko gorzej, co potwierdza fakt, że nagła zmiana planów nie da nic dobrego).. W przeciwnym razie to takie składanie puzzli bez jednej trzeciej elementów. Co do samego studia. Fox dało nam świetnych X-Menów, łącznie ze znakomitym prequelem w postaci Pierwszej klasy, więc o ekranizację Deadpoola bym się nie martwiła. Tym bardziej, że nie jego produkcji nie towarzyszą takie zgrzyty jak przy F4, gdzie już pół roku wcześniej media pisały, że atmosfera na planie jest co najmniej ciężka. Ale szkoda. Tak liczyłam na ten reebot. Po trailerach wydawało mi się, że poszli w dobrą stronę od czasu wersji sprzed 10 lat skierowanej raczej do dzieci…

  • True, wszystkie znaki na niebie i ziemi skazywały ten film na sromotny pogrom. To było nieuniknione.

  • Magda Meteora

    Pozostaje czekać na wyniki z box office’u. To one zadecydują, czy będzie kontynuacja. A jesli będzie to oby przy udziale lepszej ekipy ;)

  • Pingback: XXXIII poniedziałek da się lubić |()