Edukacji nigdy za wiele – recenzja serialu „Sex Education”

Seks podobno sprzedaje, więc Netflix robi serial zawierający to słowo w tytule i liczy na to, że się łatwo damy. No i ja się na przykład dałem, ale czy żałuję?

Po raz kolejny rozpocząłem serialowy rok od młodzieżowej, brytyjskiej produkcji zaserwowanej przez Netflix. Czyli od czegoś, co zupełnie nie wpisuje się w moje telewizyjne preferencje. :D Jednak rok temu „The End of the F****ng World” okazało się petardą, więc zachwalany powszechnie „Sex Education” nagle postanowiłem obejrzeć. Czy jestem w stanie dołączyć do chóru zachwytów nad nowym dziełem Netflixa?

I choć powinienem jednak zacząć nadrabiać zaległości z poprzedniego roku lub zasiąść do nowych sezonów „Detektywa” czy „Punishera”, tak pozwoliłem sobie dla odmiany właśnie na coś lżejszego, czyli właśnie komediowy „Sex Education”. Osiem odcinków nie wydaje się zresztą specjalnie wymagającym wyzwaniem. Zwłaszcza, że całość wjeżdża naprawdę przyjemnie.

Otis to całkiem bystry szesnastolatek małego brytyjskiego miasteczka (zdjęcia powstawały w pięknej Walii) wychowywany samotnie przez matkę, lokalną panią seksuolog. Jednocześnie jest zakompleksionym prawiczkiem w szkole niemal kipiącej wszędobylskim seksem. Nieco inaczej zapamiętałem swoje licealne czasy, ale cóż, czasy się szybko zmieniają… Otis, oraz jego homoseksualny przyjaciel Eric, poznają naczelną szkolną, hmmm, nimfomankę, która odkrywa w naszym bohaterze prawdziwy talent. Wspólnymi siłami zaczynają serwować na szkolnych korytarzach usługę poradni seksualnej dla uczniów. Bo choć seksem kipi wokół, tak nie do końca jest to seks udany. Cóż, młodość.

Cała historia kręci się głównie wokół tej trójki bohaterów, ich wspaniale rozpisanej i zmieniającej się relacji i wspaniałych postaci wokół. Dawno już nie widziałem serialu pełnego tak ciekawych i dobrze rozpisanych postaci drugoplanowych. Każda wnosi coś ciekawego w życia Otisa, Maeve czy Erica, dodaje kolejne spojrzenie na seksualność czy zwyczajnie ludzkie relacje.

I choć to serial mocno młodzieżowy, pokazujący właśnie relacje pomiędzy młodymi bohaterami, tak niesamowicie zostały napisane także ich relacje z rodzicami, i to właśnie one najmocniej zagrały na moich emocjach: wątek matki nieudolnie wychowującej zakompleksione dziecko czy ojca, dyrektora szkoły, rozczarowanego postawą swojego syna i jednocześnie ucznia to naprawdę mocne, wzruszające historie prowadzące do nietuzinkowych rozwiązań. I jednego wzruszenia, a co, łezka mi raz pociekła (i to znowu na scenie, na której bym się tego nie spodziewał…).

Jest jednocześnie w tym wszystkim sporo skrótów myślowych, graniu na stereotypach (musi się pojawić brylujący w szkole osiłek, typowa głupiutka blondi i plejada innych klisz) czy też rozwiązań łatwych do przewidzenia. Nie dominują one jednak nad sednem głównych wątków i są jedynie ubarwieniem i tak barwnej historii. Zwłaszcza, że serial, mimo naprawdę mocno komediowej inwencji, sięga po mocne tematy, które potrafią dać do myślenia. Brakuje może nieco konsekwencji w strukturze poszczególnych odcinków, albowiem nie wszystkie są odpowiednio wyrównane, jednak wszystko płynie na tyle przyjemnie, że ciężko się od historii oderwać. Serio, obejrzenie całości zajęło mi jedynie dwa wieczory.

Bardzo podoba mi się również humor zastosowany w serialu, bo choć czasem są to gagi głupkowate (typ spada z roweru, hehe), czasem wręcz prymitywne (ktoś pokaże pindola), tak wszystko to jest uzupełnione inteligentnymi puentami oraz grą słów świetnie wykorzystującą kontekst danej sceny i ładunku emocjonalnego leżącego w relacji poszczególnych bohaterów.

Całość jest jednocześnie osadzona w bardzo ciekawej scenerii, która przywołuje estetykę i koloryt lat osiemdziesiątych oraz dziewięćdziesiątych, choć całość rozgrywa się przecież w czasach współczesnych (na co wskazuje choćby fakt, że bohaterowie rozmawiają o Nintendo Switch). Muzyka, stroje, scenerie – wiele elementów gra tutaj na sentymencie, co zazwyczaj mnie irytuje, zaś jest jedynie ciekawym urozmaiceniem świata przedstawionego. Świata, w którym Gillian Anderson jest seksuologiem. Czy mogę się do niej zapisać? Nie, nie wiem czy mam jakieś problemy (choć serial nas uczy, że właściwie każdy ma).

Drugi rok z rzędu okazuje się, że ciekawym pomysłem na rozpoczęcie roku w dobrym humorze (ale i z ważnymi motywami etycznymi) jest młodzieżowy serial brytyjski pełen seksu i przekleństw. „Sex Education” nie jest może dziełem wybitnym, jednak świetnie napisane postaci, relacje między nimi, zgrabny humor oraz kolorowy świat sprawiają, że całość ogląda się bardzo lekko i przyjemnie. Można więc mu wybaczyć tych kilka klisz oraz generalnie przewidywalną z grubsza fabułę, bo mimo tego widz jest w stanie czerpać z niego wiele przyjemności. Jak z seksu. Hmmm…