Najlepsza muzyka 2015 roku

Już trzeci rok z rzędu chciałbym podsumować kończący się rok w jakże ważnej dla mnie sferze kultury: muzyce. Ale będzie to znacznie inne podsumowanie niż dotychczas.

Ale mam ku temu dość istotny powód, a jest to WixMag. Mój drugi blog, który powstał kilka miesięcy temu, oraz powód do jego założenia, czyli coraz mocniejsza fascynacja kulturą techno, sprawiły, że bardzo dużo czasu i uwagi poświęciłem właśnie temu gatunkowi muzyki. I choć nie jest tak, jak zapewne wielu myśli, że słucham jedynie techno, to zabrakło mi czasu, by odkryć tyle muzyki z pozostałych dziedzin dźwiękowych.

Skoro więc nie jest to za bardzo miejsce na podsumowanie muzyki techno (po takie zapraszam za kilka dni na WixMag właśnie), to cóż mogłoby się tu pojawić? Na szczęście, mimo skupienia uwagi na jednym gatunku, udało mi się w 2015 roku poznać naprawdę wiele ciekawych rzeczy i obserwować ulubionych artystów i ich nowe produkcje.

Zobacz też:

Najlepsza muzyka 2014 roku

Najlepsza muzyka 2013 roku

Zanim jednak opiszę wam te najlepsze rzeczy, czas na skromne podsumowanie liczbowe. Od wielu lat pomocny w tym jest serwis Last.fm.

Najwięcej odtworzeń 2015 roku – artyści

Troyann’s_Music_Profile_—_Users_at_Last_fm

Mimo, że na pierwszym miejscu uplasował się elektroniczny wirtuoz, Clark, to wśród najczęściej odsłuchiwanych przeze mnie artystów dominują grupy rockowe, w tym dwie, które nie wydały w minionym roku nic nowego (poza niedawną niespodzianką w postaci utworu „Spectre” Radiohead oraz bonusowym singlem The National). Możecie nazwać mnie sentymentalnym, ale są to zespoły, które zawsze będą w moim sercu mieć szczególne miejsce. Zresztą, elektroniczni reprezentanci tej czołówki również swoje albumy wydali pod koniec 2014 roku, jednak były na tyle doskonałe, że zawładnęły sporą częścią mojego roku.

Najwięcej odtworzeń 2015 roku – utwory

Troyann’s_Music_Profile_—_Users_at_Last_fm

W zestawieniu utworów dominują, co zrozumiałe, produkcje wyżej wymienionych, lecz są i dwa rodzynki – remiks Caribou oraz przebój wakacji, czyli singiel Bjarkiego.

W tym roku równie ciekawe informacje dostarczył nam Spotify, który jest dla mnie wciąż najistotniejszym źródłem muzyki. Co prawda, wielokrotnie pisałem (i zdania nie zmieniam), że jeśli chodzi o algorytmy rekomendacji muzyki i analizę profilu swoich użytkowników ten serwis strumieniowania muzyki wiele mógłby się nauczyć od Last.fm, jednak oddać im trzeba, że przygotowywane rokrocznie podsumowania poszczególnych użytkowników mają coraz ciekawsze.

Zerknijmy na obrazki, którymi Spotify kilka tygodni temu podsumował mój muzyczny rok:

72 tysiące minut słuchania muzyki. W 2014 było 66 tysięcy minut. Jest postęp o 10%. :)

Skoro jednak w powyższych zestawieniach, nie oszukujmy się, wieje nudą, to co takiego przykuło moją uwagę w 2015 roku?

Poniżej znajdziesz 10 najciekawszych albumów wydanych w 2015 roku. Bez rankingu, kolejność przypadkowa.

Modest Mouse

„Strangers To Ourselves”

Dla mnie zdecydowanie najlepszy album roku. Mimo, że nie dorównuje swoim majestatem i pięknem albumom z XX wieku, to jest prawdopodobnie najlepszą płytą wydaną przez Isaaca Brocka i spółkę w XXI wieku. Mniej grzecznie, bardziej drapieżnie, bardzo melodyjnie. Strasznie żałuję, że nie mogłem zobaczyć na żywo ich występu na Open’erze.

Gidge

„Autumn Bells”

Ok, drobne ustępstwo, ponieważ ten album został wydany de facto pod koniec 2014 roku, lecz dopiero kilka miesięcy później wpadł w moje łapki i stał się jednocześnie największym odkryciem tego roku jak dla mnie. Uznałem więc, że zasługuje na wzmiankę, bo niewiele osób miało przyjemność się zapoznać z tym melancholijnym, urzekającym dziełem. Bardzo różnorodne kompozycje. Pod koniec stycznia zagrają pierwszy raz w Poznaniu i jest to wielce kusząca propozycja!

Jacek Sienkiewicz

„Drifting”

Ok, może zahaczamy tutaj nieco o techno, lecz… Jest to album tak piękny i przystępny, że puszczam go każdemu, kto próbuje mi wmówić, że techno to „bezmózga łupanka dla idiotów”. Do tego albumu nawet średnio chce się tańczyć, co normalnie brzmiałoby jak antyrekomendacja, lecz w przypadku „Drifting” mamy do czynienia z czymś dającym mocno do myślenia. Nic dziwnego, że cały świat bardzo ciepło przyjął tę płytę: legendarny Sven Vath umieścił tytułowy utwór s swojej składance, a inna legenda, Ricardo Villalobos, za kilka dni wyda remiks „Drifting”. Od pół roku uważam, że ten album, obok Wiedźmina i Roberta Lewandowskiego, to najlepszy produkt eksportowy Polski A.D. 2015.

Foals

„What Went Down”

„Total Life Forever” na zawsze pozostanie jedną z moich ulubionych płyt, zaś „Holy Fire” zeszło muzycznie na ścieżkę, która nie do końca przypadła mi do gustu. Na „What Went Down” Yannis Philippakis z kolegami ponownie mnie zachwycili. Nie ma nowej „Sahary” czy choćby „2 Trees”, lecz większość kompozycji jest naprawdę przyjemna.

Nosaj Thing

Fated

Początkowo miałem ten album wrzucić na półkę z rozczarowaniami roku. Po wybitnym „Home” spodziewałem się po Jasonie Chungu kolejnych arcydzieł, tymczasem dostarczył on jedynie dobrą płytę, jaką jest „Fated”. Jednak na tyle dobrą, że z każdym kolejnym do niej powrotem zyskiwała w oczach.

Kiasmos

Swept

Po pierwszym przesłuchaniu ich longplaya zakochałem się z miejsca. Problem w tym, że byłem opóźniony – „Kiasmos” świat ujrzało w 2014 roku. Na szczęście, wydali w dalszej części roku jeszcze kilka singli i EP-ek, w tym właśnie Swept, gdzie obok własnych produkcji umieścili też remiks w wykonaniu Tale Of Us. I to właśnie on ląduje w zestawieniu. Bardziej dla zasady utrzymania w nim albumów z 2015 roku.

Battles

„La Di Da Di”

Szalone trio z Nowego Jorku zachwyca mnie od paru lat, również (a może i zwłaszcza?) występami na żywo. Z racji mojej fascynacji techno bałem się, że nie będę w stanie pokochać tego typu muzyki. Okazało się jednak, że nie jest ze mną tak źle, a nowe dzieło jest naprawdę zacne.

Destroyer

„Poison Season”

Ktoś mi kiedyś powiedział, że to najfajniejsza muzyka pościelowa, nawet jeśli pod pościelą nikogo nie ma. I całkowicie się z tym zgadzam, nowa płyta, choć nie rozczula mnie jak „Kaputt”, to zbiór naprawdę pięknych produkcji. Głos Bejara zdaje się nie starzeć i jedynie zyskiwać kolejne odmiany ciepła, które wysyła każdym wyśpiewanym słowem.

Beach House

„Thank Your Lucky Stars”

W sumie to… Nie jest to płyta wybitna, lepsza niż poprzednie. Ale to nadal Beach House, czyli jedna z piękniejszych i wzruszających rodzajów muzyki, z jakimi przyszło mi w życiu obcować. To jeden z tych zespołów, które chcesz, by były wiecznie wtórne – bo nigdy się nie znudzą, a oznacza to kolejne cudowne kompozycje.

Jean Michelle Jarre

„Electronica 1: The Time Machine”

Gdybym pięć lat temu, gdy Jarre stał obok mnie, usłyszał, że muzyka tego podstarzałego knypka trafi do mojego zestawienia najlepszej muzyki, odpowiedziałbym: „prędzej Bajm!” Minęło zaledwie parę lat, a ja się trochę w życiu jednak nauczyłem. Także przyznawania się do błędów. Bo albumowi wydanemu przez Jarre’a ciężko odmówić majestatu: zebrał w jednym miejscu tak wielu wybitnych kolaborantów z tak szerokiego spektrum muzyki elektronicznej, że musiało to wyjść po prostu doskonale. M83, Air, Boys Noize, Moby, Gesaffelstein, Fuck Buttons, Massive Attack, a nawet Armin Van Buuren! Ten album to wielki hołd dla syntezatorów, analogów i całej muzyki elektronicznej w ogóle.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że ominęło mnie wiele albumów, które mogłyby znaleźć tutaj swoje miejsce, lecz, jak już wspominałem, swoją uwagę przeniosłem nieco w kierunku techno. Nie można mieć w życiu wszystkiego, a już na pewno nie można poznać całej muzyki świata. Albo nawet wszystkiego co dobre. Ale jeśli umknęło mi coś naprawdę godnego uwagi, podrzuć proszę w komentarzu.

Na sam koniec, dodaję jeszcze listę 100 najczęściej odtwarzanych przeze mnie w tym roku utworów. Sporo tu, rzecz jasna, właśnie techno, ale nie tylko. Bardzo ładna lista wyszła. :)

 photo credit: Your petite tune via photopin (license)

  • bambana

    niech bedzie – <3