Mało sportu, dużo emocji – recenzja filmu „Wojna Płci”

Może jestem dziwny, ale w ostatnim latach większą sympatią pałam nie do Emmy Stone, ale do Steve’a Carella, którego ostatnie kreacje są szokująco doskonałe („The Big Short” czy „Foxcatcher”). I choćby z jego powodu „Wojna Płci” wzbudziła moje zainteresowanie.

Ale nie było to zainteresowanie wybitnie wielkie – to jeden z tych filmów, które mogłyby wypaść z kinowego repertuaru zanim bym zdążył je obejrzeć. Na szczęście udało mi się znaleźć chwilę i film zobaczyć i bardzo się z tego cieszę. Bo nie spodziewałem się zupełnie takiego seansu. Materiały promocyjne wskazywały na film, który bliższy będzie ciekawej komedii biograficznej o dawnych gwiazdach tenisa, a tymczasem twórcy serwują nam coś zupełnie innego.

Miłość od nie pierwszego wejrzenia

„Wojna Płci” to bardzo dojrzały dramat obyczajowy (chyba?), gdzie sport jest tak naprawdę tłem do wydarzeń zupełnie innych, kto wie czy nie ważniejszych od kolejnego wygranego setu. Potrafi w bardzo dojrzały, choć nieco skrócony, sposób opowiedzieć o feminizmie. Zadaje pytanie o ustawianiu sobie życiowych priorytetów pomiędzy życiem prywatnym, a zawodowym. Opowiada o wypalającej się miłości po zakończeniu kariery sportowej. Do tego odsłania nam nieco kulisy sportowego showbiznesu, a także ma momenty naprawdę zabawne, ale balans jest tu postawiony zdecydowanie na relacje miłosne między postaciami. I nie są to jakieś słodko-pierdzące sceny miłosne nie mające nic wspólnego z rzeczywistością.

Andrea Riseborough and Emma Stone in the film BATTLE OF THE SEXES. Photo courtesy of Fox Searchlight Pictures. © 2017 Twentieth Century Fox Film Corporation All Rights Reserved

Zresztą, to za mało powiedziane. Już w kinie, w trakcie jednej sceny byłem autentycznie w szoku – dawno nie widziałem w filmie tak pięknie, subtelnie i realistycznie pokazanej sceny zakochania się dwóch osób. Bez patrzenia w oczy, które zmienia wszystko w ułamku sekundy. Bez słodziutkiego czy też szarmanckiego pierdololo. Nie, mamy tu zakochanie się w najzwyklejszej życiowej sytuacji i to nie z miejsca, a wynikające dopiero z rozmowy bohaterek. Już w trakcie seansu próbowałem sobie przypomnieć kiedy ostatnio oglądałem tak cudowną scenę zakochania się i autentycznie do teraz nic mi nie przychodzi do głowy. I choćby za tę scenę film dostaje ode mnie jedną notę wyżej.

Ale i pozostałe fragmenty są bardzo spójnie i ładnie pchają historię do przodu. Czy to wątek walki z tenisowym establishmentem, czy hazardu Riggsa, każdy element ma tu swój początek, rozwinięcie i zakończenie. Film w niewielkiej części skupia się na samym sporcie – w zasadzie jedynie finałową potyczkę jesteśmy w stanie zobaczyć z bliska. Większa rozgrywka trwa jednak w głowach i sercach bohaterów.

Skoro o bohaterach mowa, zobaczcie jak wyglądali w rzeczywistości Billy Jean King oraz Bobby Riggs:

A tak wyglądają w pełnej charakteryzacji w filmie, dla mnie to poziom naprawdę świetny:

Emma Stone as „Billie Jean King” and Steve Carell as „Bobby Riggs” in BATTLE OF THE SEXES. Photo by Melinda Sue Gordon. © 2016 Twentieth Century Fox Film Corporation All Rights Reservedx

Steve Carell jest w tym filmie świetny. Oczywiście sama postać jest w dużym stopniu komediowa, lecz to jedynie maska człowieka nie potrafiącego się odnaleźć po zakończeniu kariery tenisowej i szukającego adrenaliny w hazardzie. Emma Stone poza świetną charakteryzacją (piegi ma naturalne, ale wreszcie z nich skorzystano!) daje subtelny popis dobrego aktorstwa. Dobrze wypada również reszta obsady, z Billem Pullmanem oraz Sarą Silverman na czele. Fajnie napisane dialogi sprawiają, że relacje między poszczególnymi postaciami są naprawdę ciekawe i ogląda się je z przyjemnością.

„Wojna Płci” wiernie odwzorowuje realia lat siedemdziesiątych poprzedniej epoki: scenografie, kostiumy oraz charakteryzacja może nie imponują i nie wysuwają się na pierwszy plan, ale dzięki temu delikatnie budują wiarygodną rzeczywistość. To co jednak bardzo przykuło moją uwagę to kadrowanie wydarzeń i rozplanowanie elementów na planie zdjęciowym. Szerokie kadry w ciasnych pomieszczeniach pozwalają uchwycić skrajne emocje bohaterów i dystans między nimi, jeśli taki zachodzi akurat w danej relacji. Rozmieszczenie elementów w każdym niemal kadrze jest zaplanowane naprawdę imponująco.

Obraz Jonathana Daytona oraz Valerie Faris jest filmem zupełnie innym niż się spodziewałem, ale jest jednocześnie dużo lepszy niż mógłby być w moich wyobrażeniach. Zamiast sportowej biografii otrzymujemy doprawdy ciekawą historię ludzkich relacji, gdzie wydarzenia sportowe oraz społeczne są istotnym, ale jedynie tłem. I może ten film nie pokazał mi całej prawdy o Billie Jean King czy Bobby’m Riggsie, ale pokazał różne problemy bliskie ludziom – budowania szczerej relacji i walkę ze swoimi słabościami, którą nie zawsze wygramy. Jak w tenisie.