Urok amerykańskich przedmieść – recenzja filmu „Suburbicon”

Błogie życie na amerykańskich przedmieściach staje się znacznie mniej błogie kiedy we wszystko wmieszają się bracia Coen i napiszą scenariusz do filmu. Coenowie jednak filmu nie zrealizowali, a zrobił to za nich George Clooney.

Pierwotny skrypt powstał już ponad 30 lat temu, lecz przeleżał dużo czasu w szufladzie, aż sięgnęli po niego właśnie Clooney z Grantem Heslovem i przepisali go na nowo. Duch braci Coen unosi się jednak nad „Suburbicon” bardzo wyraźnie. I choć czarnego humoru tu nie za wiele, tak gęstości wydarzeń odmówić produkcji nie można.

Film podzielony jest na dwa wątki. Jeden dotyczy czarnoskórej rodziny, która wprowadza się do idealnej dzielnicy, tytułowego Suburbicon, która zdominowana jest przez białą klasę średnią, która dość nieprzychylnie reaguje na nowe sąsiedztwo. Dom obok zajmuje rodzina Gardnerów, której dotyczy wątek drugi – tragedii rodzinnej. W domu dochodzi do włamania, w wyniku którego zamordowana zostaje żona Gardnera (Matt Damon). I choć oba te wątki gdzieś się łączą, rozgrywają się tuż obok siebie, to dzieją się w nich niepowiązane ze sobą wydarzenia. I to jest główny problem filmu.

UWAGA SPOILER PONIŻEJ!

Było już wiele tego typu produkcji, gdzie obserwowaliśmy równolegle pozornie oderwane od siebie historie, które w finale się zaplatają i prowadzą do ciekawych rozwiązań. Podobnego finału oczekujemy oglądając „Suburbicon”, ale ostatecznie nic takiego nie ma miejsca, przez co… Ciężko zrozumieć istnienie równolegle zasadność istnienia obok siebie obu wątków. Co najwyżej na płaszczyźnie metafor i ukrytych znaczeń – bo kiedy po okolicy krąży prawdziwy problem, czyli człowiek, który właśnie kogoś zamordował, uwaga motłochu skupiona jest na bogu ducha winnej rodzinie, której jedyną winą jest inny kolor skóry.

KONIEC SPOILERA

Wątek rodziny Gardnerów zdaje się być ważniejszy – z każdą kolejną sceną niezbyt ciekawa i nudna rodzina odkrywa coraz więcej mrocznych tajemnic, a klimat się zagęszcza prowadząc do naprawdę mocnego finału. Obserwować możemy ciekawe efekty podejmowania złych decyzji, które prowadzą do decyzji jeszcze gorszych. Początkowo niemrawy film zaczyna wzbudzać w ostatnim akcie naprawdę silne emocje.

Równolegle, dzieje czarnoskórej rodziny Mayersów nie porywają, bo też nie mamy okazji bliżej poznać bohaterów, którzy zostają ofiarami coraz mocniejszego ostracyzmu ze strony sąsiadów. Obserwując jednak zachowania rasistów czułem się bardzo niewygodnie – wiedząc, że choć obserwuję fikcyjne rasistowskie występki w rzeczywistości sprzed sześćdziesięciu lat, tak są one obecne (i to coraz częściej) także dzisiaj. I może właśnie dlatego Clooney zdecydował się pokazać tę historię – by uniknąć wydarzeń z finału. A może już jest na to za późno?

Wreszcie ludzkość nie ratuje Matta Damona

Poza niezbyt dobrze sklejonymi wątkami film ma do zaoferowania dobre kreacje aktorskie. Matt Damon może nie bryluje, ale dobrze odgrywa rolę Gardnera. Sam stwierdził w jednym z wywiadów, że nigdy nie zagrał tak mrocznej roli, co było dla niego oczyszczającym doświadczeniem. Tym razem nikt nie musi ratować Matta z odległej planety czy z wojennego frontu, więc to rzeczywiście może być dla niego nowość. Dobrze sprawdza się Julianne Moore w podwójnej roli żony Gardnera i jej siostry bliźniaczki. Pusta, kokieteryjna laleczka idealnie czująca się w klimacie suburbiów amerykańskiego boomu powojennego.

Najlepszą robotę w filmie robi jednak trzynastoletni Noah Jupe, który w tak młodym wieku potrafił swoim talentem aktorskim przyćmić wspomnianą dwójkę. I nie chodzi tu jedynie o dziecięcy urok (tego akurat mało), ale pełne spektrum emocji, które tak młody aktor potrafił odegrać w sposób wiarygodny. Jestem ciekaw kolejnych popisów małego Anglika. Przez krótki czas na ekranie bryluje także Oscar Isaac i możemy jedynie żałować, że jest nam dane oglądać go tak krótko. Zdecydowanie najbarwniejsza postać całej produkcji.

Left to right: Noah Jupe as Nicky and Tony Espinosa as Andy Mayers in SUBURBICON, from Paramount Pictures and Black Bear Pictures. from Paramount publicity site

Dobrze wypada także scenografia i kostiumy w „Suburbicon” – ciężko tutaj cokolwiek produkcji zarzucić. Klimat amerykańskich przedmieści lat 50-tych z fałszywymi uśmiechami i fałszywymi intencjami czuć bardzo dobrze. Zdjęcia oraz muzyka nie wybijają się ponad przeciętność, pozwalając widzowi skupić się na historii.

Ta jednak nie porywa sposób szczególny, więc „Suburbicon” nie można uznać za film wybitny, ani nawet bardzo dobry. Jest po prostu dobry, głównie za sprawą rozczarowania związanego z dualizmem opowiadanej historii (co opisałem w akapicie spoilerowym). Nie jest to film, który daje za wiele do myślenia (choć miał ku temu wszelkie dane), ani w trakcie którego serwować będziemy salwy śmiechu, choć kilka zabawniejszych momentów się znajdzie. Nie zapamiętamy go na długo, co nie znaczy, że należy go omijać szerokim łukiem. Jeśli nic lepszego do obejrzenia nie znajdziecie to można dać szansę Clooneyowi za kamerą.