Ten obraz krzywdzi środowisko muzyczne – recenzja filmu „DJ”

Od samego początku zapowiadało się źle. Miałem nadzieję, że będę w błędzie. Starałem się nie hejtować filmu „DJ” zanim go nie zobaczę. No i wreszcie zobaczyłem.

Od czego by tu zacząć… O czym jest ten film? W sumie sam do końca nie wiem o czym, cały seans się nad tym głowiłem. Poznajemy skrawki życia ambitnej DJ’ki, Mai aka DJ Mini. Twórcy chyba nie zrobili dobrego researchu, bo Ci najbardziej ambitni artyści świata muzyki elektronicznej nie muszą dodawać „DJ” przed pseudonimem czy nazwiskiem, by akcentować to, co robią. A DJ Mini chce robić dobrą muzykę – dj sety jej wychodzą, ale wszystkie produkcje chowa do szuflady. I to w sumie całkiem spoko – przypadek wielu znanych artystów z tego środowiska.

Zobacz moje zestawienie 55 najlepszych płyt techno 2017 roku

Potem Maja wyjeżdża do Londynu, potem na Ibizę i o, tak można by streścić film, bo to, co dzieje się w trakcie jest bardzo niezrozumiałe. Największym problemem tego filmu jest scenariusz. Tak dziurawy, tak nielogiczny, że aż obrzydza seans. Bo kilka z nich jest nawet fajnych – choćby ten o poszukiwaniu miłości. Ale też jest tak kulawy, że tutaj mamy jakieś seks party, tutaj cytaty z Freuda i już – ma się kleić. A rozpada się jak set skonstruowany z samych źle zsynchronizowanych utworów. Do tego masa scen, które absolutnie nic do filmu nie wnoszą, nie zachowują ciągu przyczynowo-skutkowego i jedynie wprowadzają w obłęd.Podam jeden przykład, bo mam nadzieję, że nie pójdziecie na to do kina i mogę wam spoilerować.

Maja po swoim nieudanym występie przypadkiem poznaje jakąś Polkę obeznaną w świecie klubowego Londynu. Ta, bez pytania i chwili zastanowienia (czy mogę jej ufać? kim ona jest?) rusza za nią, by dostać pracę jako DJ na barce na Tamizie. Właścicielem barki jest stary Brytyjczyk, któremu Maja opowiada o swoich miłosnych niepowodzeniach (a poznali się minutę wcześniej). Maja zaczyna grać na jego barce, ale okazuje się, że koleżanka handluje dragami, więc koniec imprezy, wynocha. I nagle laski wsiadają do luksusowego BMW (czy innej fury tego pokroju), na światłach stają obok jakichś cwaniaków i nagle mamy pościg. Dlaczego? Nie wiadomo? Po co? Nic się nie dowiadujemy. Jak się kończy? Dziewczyny zatrzymuje policja, trochę histeryzują (mają narkotyki w aucie), ale nagle scena się kończy i mamy scenę spotkania w wytwórni muzycznej, gdzie szychy środowiska rozmawiają o Mai i wszyscy jadą na Ibizę. PO CO TEN POŚCIG? Z KIM? DLACZEGO? CZY COŚ SIĘ DZIEJE Z NIMI PO ZATRZYMANIU PRZEZ POLICJĘ? Nie wiadomo, lećmy na Ibizę!

To tylko pięć minut niespełna dwugodzinnej katorgi, która wygląda tak cały czas. Maja prześpi się z jakimś typem, który załatwi jej przesłuchanie? Spoko, ucieka niebawem dalej bez pożegnania. Typ, który ściągnął ją na Ibizę umiera? Spoko, pomieszkam sobie u niego jeszcze trochę! I jeszcze jego menadżera sobie przygarnę! Tego typu dziur i braku konsekwencji w scenariuszu jest więcej niż jakiegokolwiek sensu.

Processed with VSCO with a6 preset

Co gorsza, ten obraz krzywdzi tak bliski mi świat muzyki elektronicznej i klubowej, bo według autorów sztuka grania dj setów oraz tańców ogranicza się do skakania z łapami w górze i pajacowania. I owszem, zdarzają się na imprezach, na których bywam różne wykręty, na tym polega muzyka techno, że każdy ma pełną swobodę ruchu. Ale jeszcze nigdy nie byłem na żadnym secie, w którym tłum przypominałby bardziej widownię koncertu hip-hopowego. A ambitni DJ’e czy producenci, a za taką uchodzi podobno bohaterka filmu, nie machają nogami i łapami na scenie, ale skupiają się na graniu. Samo granie jest tak dynamicznie pocięte, że ciężko połapać się czy aktorka na planie rzeczywiście grała czy tylko obejrzała kilka sesji Boiler Room. Albo Steve’a Aokiego, który nie gra tylko pajacuje.

I wielka szkoda, bo film miał szansę przedstawić klubowe środowisko z całkiem innej strony, co nawet momentami próbował. Na samym początku na przykład DJ Mini odmawia zagrania w klubie XOXO w Warszawie (serio taki istnieje? XD), ponieważ ktoś chce jej zapłacić za zagranie piosenki, co w środowisku muzyki techno nie ma absolutnie miejsca. Już zaczynałem ten film szanować w tym momencie, by potem jedynie bić się butelką wody w głowę. Choć na Ibizie nie byłem, to mam rozeznanie o tamtejszych klubach – te również w produkcji się przewijają, choćby Ushuaia czy Space, ale jedynie jako przebitki.

Dodajmy do tego żenująco słabe dialogi. Niejaki Pixel (XD) briefuje Maję na „robienie contentu, by zrobić engagement, co wpłynie na increase fanbase’u (cytat niemal dosłowny)”. Kurwa, nawet największe nerdy i korpodałny z warszawskiego Mordoru tak nie rozmawiają! Jednak wisienką na kupie dialogów jest „Carpe Dick” (czyli – chwytaj pindola) sekundę po cytowaniu Freuda. Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa! Jedna osoba w tym momencie wstała i wyszła z kina. Miałem ochotę zrobić to samo, ale postawiłem na dalsze tortury.

Aktorsko ten film to taka piąta liga – . Niby wiadomo, że to gra, ale oglądasz bardziej dla beki niż na poważnie. Bardzo niewiarygodne budowanie jakichkolwiek emocji, dialogi wypowiadane niczym z promptera, gdzie momentami tylko dochodzi do jakiś większych relacji między aktorami. Tak, aktorami, nie bohaterami, bo tak bardzo czuć tutaj to, że nie wchodzą oni w swoje role. Czasami Maja Hirsch bardziej się stara, już zaczyna się dostrzegać coś ciekawego i wtedy musi się rozpłakać i

Wizualnie? Dramat. Mamy kilka ładnych ujęć, kilka ciekawie zaplanowanych scen, które są totalnie zniszczone, bo ktoś nieumiejętnie prowadzi kamerę doprowadzając mnie do zawrotów głowy. Albo przebitki ze znanych klubów na Ibizie kręcone telefonem. I to starym. Takim iPhone’m 4. No, może 4S.

Jeśli już miałbym coś pochwalić, to na siłę wspomnę o muzyce, która momentami jest naprawdę niezła, by po chwili obniżać loty. Są jednak momenty, w których myślałem – „o, potańczyłbym do tego”. Niestety, po chwili otrzymuję coś, co by mnie skutecznie zniechęciło do wyjścia na imprezę przez miesiąc.

Ech, wiedziałem, że ten projekt to potencjalna katastrofa. Bardzo chciałem być jednak w błędzie, jak choćby w przypadku transferu Paulinho do Barcelony, który tak hejtowałem. Dałem szansę produkcji „DJ”, ale po raz pierwszy tak bardzo żałuję kredytu zaufania. Po raz pierwszy od dawna wychodziłem z kina wściekły. Na to, że film nie odzwierciedla choć trochę środowiska, które znam całkiem nieźle. Że propaguje szkodliwe stereotypy. Ale przede wszystkim na to, że to film pozbawiony sensu, logiki i ciągłości scenariuszowej. Film po prostu beznadziejny. Zastanawiałem się, czy na jego potrzeby nie zrobić ujemnej skali ocen, ale wolałem już nie kopać leżącego.