Sentyment jako doskonały plan biznesowy

Człowiek jest z natury jednostką sentymentalną. I firmy wiedzą jak tę naturę wykorzystać, by na nas zarobić. Ale czy nie wpadamy w pewną pułapkę?

Sam jestem bardzo sentymentalny. Gdybym nie był to bym nie wracał do Barcelony przy każdej możliwej okazji. Nie miałbym na tapecie telefonu i komputera zdjęć ze Szwajcarii. Nie jadałbym wielokrotnie w tych samych knajpach. Nie jest niczym złym bycie sentymentalnym i wspominanie dobrych rzeczy ze swojej przeszłości.

Trochę inaczej jednak jest w popkulturze. Bo choć niemal wszystko w kinie już było, większość filmów o superbohaterach jest do siebie podobna (antagoniści będący odbiciem lustrzanym protagonistów, lasery w niebo, armie robotów i kosmitów), tak wciąż da się być w tym wszystkim oryginalnym. Problem zaczyna się w momencie, kiedy otrzymujemy dokładnie te same historie, pokazane w niemal identyczny sposób. Czyli strategia, którą od kilku lat zaczyna realizować Disney. Tylko w tym roku otrzymaliśmy „Dumbo”, „Aladyna”, zaraz do kin wjedzie „Król Lew”, a potem jeszcze „Czarownica 2”. Tylko ta ostatnia produkcja jest właściwie czymś więcej niż odtworzeniem w nowy sposób oraz z udziałem aktorów dokładnie tego samego, co funkcjonuje w kulturze masowej od kilku dekad. I mnie to bardzo smuci.

Spytałem was na Facebooku czy macie zamiar pójść do kina na „Króla Lwa”, który, na co wiele wskazuje, będzie bardzo odtwórczy. Znakomita większość z was odpowiedziała, że owszem. Bo sentyment. I oczywiście, nie mam żadnego prawa zakazywać wam iść do kina, ale może skłonię was do refleksji. Chcielibyście w kółko oglądać to samo? Co 20 lat dostawać odświeżone wersje bazujące na tym, co w kulturze już jest obecne? Ja nie. Niestety trend odtwórczy jest bardzo skuteczny – ta polityka daje kosmiczne przychody Disneyowi, a to daje innym graczom na rynku do zrozumienia, że w tym szaleństwie jest metoda. A my ochoczo się do tego przykładamy decydując naszymi pieniędzmi – kupując bilety. Tym samym przykładamy rękę do zabijania kreatywności – po co wymyślać cokolwiek nowego, skoro ludzie wolą obejrzeć jeszcze raz to samo, ale w innej stylistyce.

Oczywiście, nieco dramatyzuję, bo kreatywność nigdy nie umrze i zawsze znajdą się produkcje niszowe, oryginalne i ciekawe. I wiadomo, nie zawsze są to produkcje dobre. Jednak będą one coraz mocniej funkcjonować na drugim planie, mogą zarabiać coraz mniej, a wtedy tego typu projekty będą otrzymywać coraz mniejsze budżety. I spirala będzie się zakręcać, stopniowo coraz mocniej marginalizując świeże projekty.

Gra na sentymentach denerwowała mnie od jakiegoś czasu. Czasem wystarczy mierna fabuła, ale masa nawiązań do wybranej dekady i naszych wspomnień, by ludzie stracili głowy. Tak, mam tu na myśli „Stranger Things” choćby. A można tworzyć seriale osadzone w dawnych epokach, które radzą sobie doskonale bez gry na naszych wspomnieniach, choćby trzy doskonałe serie „True Detective”. W ogóle, wartościowanie dzieł kultury na podstawie kryterium, jakim jest liczba odniesień do naszych sentymentów pokazuje jak bardzo ta strategia na nas niestety działa.

A przecież można robić rebooty, reinterpretacje, resety, spinoffy pewnych serii, które będą zauważalnie inne od poprzedników. Każde niemal dzieło popkultury, nawet jeśli bazuje na innych dziełach może być przecież inne, wnosić coś świeżego, reinterpretować dotychczasowe historie. Co kilka lat powstaje kolejny film o Robin Hoodzie czy Królu Arturze, ale każdy stara się być nieco inny (choć nie zawsze to wychodzi). Świetnie na przykład wypadła interpretacja legendy o tym drugim w wykonaniu Guya Ritchiego z 2017 roku. Były jakieś potwory, magia, dużo slow motion, a dzięki temu coś oklepanego w kulturze masowej, niczym Marta Linkiewicz po Fame MMA, nabrało świeżości. I było udanym dziełem. Pewnym światełkiem nadziei jest zaprezentowany przed paroma dniami zwiastun filmu „Mulan”, który choć znowu jest odtworzeniem tej samej historii, to jest jednocześnie interpretacją znacznie bardziej odbiegającą od animowanego filmu Disneya, a bliższą chińskim legendom. W przypadku ostatnich filmów mamy do czynienia z czymś zwyczajnie odtwórczym, na co wskazują pierwsze recenzje. Zresztą, wystarczy zobaczyć to porównanie klatka po klatce samego zwiastuna „Króla Lwa”:

Dlatego ja bojkotuję osobiście te wszystkie filmy Disneya. I tak, wiadomo, ludzie w siedzibie Disneya parskną zapewne jak przeczytają, że jakiś niszowy bloger ich bojkotuje, po czym zaczną w siebie rzucać plikami dolarów. I przestaną mnie zapraszać na pokazy przedpremierowe. A nie, czekaj, nigdy mnie nie zapraszali. Ufff. I chętnie w sumie bym obejrzał jak wypadnie John Oliver jako Zazu, ale jednak wolę trzymać się swoich przekonań.

Jednak mam nadzieję, że dam wam nieco do myślenia. Ktoś pewnie się oburzy, że skoro mi się nie podoba to mam se nie chodzić do kina na to. No i se nie chodzę, wolę produkcje, które są choć w minimalnym stopniu oryginalne. Jeśli jednak spojrzy się na to z większej perspektywy – może się okazać, że za 10 lat oryginalnych produkcji będzie zdecydowanie mniej. Bo studia zaczną odtwarzać swoje poprzednie produkcje. Głosujecie na to swoimi pieniędzmi. A najbliższe wybory już za tydzień, przy okazji premiery „Króla Lwa”.