Strażnicy galaktycznej beki, czyli nieco się czepiam
Och, jak dobrze wrócić do pisania, brakowało mi tego w ostatnich tygodniach.
Och, jak dobrze wrócić do pisania, brakowało mi tego w ostatnich tygodniach.
W kinach możemy już zobaczyć adaptację kultowego anime – „Ghost In The Shell”.
Od pierwszych zwiastunów film „Life” zdawał się być niemal kopią „Aliena”, co jednak nie zniechęcało mnie do wizyty w kinie.
Niemal trzy lata temu „Godzilla” pokazała nam jak robić klimatyczne, dobre filmy o potworach, gatunku, który zdawał się być, jak same te stwory, na wyginięciu.
Ostatnie tygodnie, w czasie których złamana ręka sprawiła, że mogłem jedynie biernie chłonąć treści zachęciły mnie do sięgnięcia po produkcje dostępne na Netflix.
„Logan” był przeze mnie spisany na straty. Bo poza „Deadpoolem” Fox nie potrafił od dawna umiejętnie skorzystać z bogactwa uniwersum X-Men, by zrobić dobry film.
Obecny rok można śmiało nazwać rokiem powrotów w kinie.
„Moonlight” Barry’ego Jenkinsa to ostatni film z puli nominowanych do Oscara w kategorii najlepszych filmów, jaki zdążyłem obejrzeć przed niedzielną galą.
Martin Scorsese zaliczany jest do grona najważniejszych reżyserów w Hollywood, kiedy więc na jaw zaczęły wychodzić informacje o jego nowym projekcie – ciężko było nie interesować się tematem.
Nie lubię musicali. Informację o czternastu nominacjach do Oscarów dla tego filmu przyjąłem z grymasem na twarzy. Kiedy wreszcie, po operacji, mogłem ruszyć do kina, niespieszno mi było na „La La Land”.