Magia kina według Nolana
Nie mogę nazwać się wielkim znawcą kina. Zwyczajnie nie mam czasu, by posiąść taką wiedzę. Jednak, jak wielu, lubię oglądać filmy. Jest tylko jeden twórca, którego filmy oglądać kocham. To Cristopher Nolan.
Nie mogę nazwać się wielkim znawcą kina. Zwyczajnie nie mam czasu, by posiąść taką wiedzę. Jednak, jak wielu, lubię oglądać filmy. Jest tylko jeden twórca, którego filmy oglądać kocham. To Cristopher Nolan.
Czas na jedyną, słuszną recenzję filmu, który (wg informacji Onet.pl) pobił rekord wszech czasów w polskich kinach – film obejrzało przez trzy dni 834 479 widzów.
Dotychczasowe dwie części Hobbita były dobre, lecz do geniuszu było im daleko. Jednak zapowiedź Bitwy Pięciu Armii rozpaliła moje oczekiwania. Wszak, wychowałem się na Władcy Pierścieni, w którym sceny batalistyczne powalały na kolana.
Christopher Nolan nigdy nie zrobił słabego filmu. Na każde jego dzieło wyczekuję z niecierpliwością. Nie inaczej było z „Interstellar”, który był dla mnie najważniejszą premierą kinową tego roku.
Dziewięć lat minęło od premiery pierwszej części filmu, który mnie zauroczył totalnie. Pół komiks, pół film, doskonała obsada, klimat rodem z gier z serii Max Payne (komiksów Franka Millera nie czytałem) i przenikające się historie.
Tyle w życiu już zwiedziłem festiwali, a tak naprawdę nigdy nie byłem na festiwalu filmowym. Epizod zaliczyłem jedynie parę lat temu na All About Freedom w Gdańsku.
Całkiem niedawno pisałem o tym, że rodzice dali mi świetne wykształcenie muzyczne. Gdzieś tam zawsze przewijał się Nick Cave. Sam odkryłem go kilka dobrych lat temu.
Kino nadal pozostaje niezwykle istotną i popularną gałęzią rozrywki. Zmieniają się formaty, zmienia się oprawa wizualna filmów, ale jedno pozostaje niezmienne – nadal chodzimy tam masowo.
Lubię oglądać filmy. Kurde, każdy chyba lubi. Na niewiele jednak filmów jestem czekam ścierając ślinę z ust. A tak – Godzilla sprawia, że się ślinię.